środa, 4 października 2017

41. Zaufanie, miłość... Po co to komu?


„Ja czuję woń świeżo skoszonej trawy, nowego pergaminu i pasty...do zębów” — Hermiona Granger

— Astoria! — Zirytował go jej ton, mimika twarzy i ruchy – tak wyuczone, wyważone, aktorskie. “Wszyscy Ślizgoni to aktorzy, którzy po prost grają swoje role” przypomniał sobie jedną z pierwszych rozmów jaką z nią przeprowadził i widział własnie typową Ślizgonkę z tej opowieści. Grała, by zachować godność albo wzbudzić w nim poczucie winy… Ewentualnie, żeby pokazać Touce, że Harry i tak zrobi coś, byle powstrzymać ją przed odejściem. Wiedział, że grała, jednak mimo wszystko udało się jej uzyskać zamierzony efekt. Potter poczuł się winny i nie chciał, by odchodziła. Pragnął z nią porozmawiać i jeśli nie mógł zrobić tego bez udziału osób trzecich, trudno, zrobił to przy nich.
— Widzę, że jesteś zła, ale to nie wina Touki. Nic ci nie zrobiła, nie musisz być dla niej cyniczna. — Greengrass odwróciła się do niego. — Chciałem porozmawiać spokojnie. Przeprosić i wyjaśnić wszystko. — “Niezależnie od jej stanu myśl trzeźwo “ przypomniał sobie słowa Touki. — Ale jeśli inaczej się nie da, to powiem to teraz. Wczoraj mnie poniosło. Przepraszam. — Astoria zbladła, a jej oczy zabłysły łzami. — Nie chciałem cię zranić. To był ciężki czas i… ten nagły impuls sprawił, że skończyliśmy tak, a nie inaczej. Nie chcę stracić przyjaciółki tylko dlatego, że raz się zapomniałem. — Poczucie winy aż zżerało go od środka. Touka spojrzała na dziedziniec, a Max nagle zaczął widzieć coś interesującego na swoich butach, bo wpatrywał się w nie bardzo intensywnie. Było niezręcznie, jednak to go nie powstrzymało. Harry spoglądał jedynie w Astorię, która zaczęła płakać. Patrzyła mu prosto w oczy, a łzy spływały po jej bladych policzkach i opadały na ziemię jedna po drugiej. — Ostatnio wiele przeszliśmy, a wczoraj było po prostu… zapomnieniem. Tak. Niczym więcej.
— Zapomnieniem — powtórzyła łamiącym się głosem. — Tylko zapomnieniem. — Zacisnęła dłonie w pięści. — Wiesz, co myślę o takim zapomnieniu, Potter!? — Harry odsunął się o krok, kiedy wrzasnęła, a jej oczy zabłysły wściekłością. — Czy ty w ogóle sobie zdajesz sprawę z tego, jak ja się teraz czuję!?
— Story…
— Nie mów tak do mnie! — Odwróciła wzrok. — Myślałam, że ci na mnie zależy.
— Bo tak jest, ale…
— Właśnie widzę — syknęła, nie dając mu wyjaśnić. Jedyne co zrobiła, to spojrzała z wyrzutem na niego a potem na Toukę. — Max, chodź. Nic tu po nas. — Wyminęli ich i poszli przed siebie. Harry opuścił głowę w dół i znów się zgarbił, ale szybko zmienił tą pozycję na wyprostowaną i zszokowaną, kiedy odezwała się Touka. Nie spodziewał się, że ktokolwiek coś powie. A tym bardziej coś, tak bardzo… prawdziwego.
— To nie Draco!
Astoria zatrzymała się gwałtownie, a na korytarzu zapadła cisza. Całkowita. Jak gdyby nagle, wszystko umarło. A w powietrzu wisiało napięcie… wszyscy czekali na to, co zrobi Greengrass, która nie spieszyła się z odpowiedzią. I Harry już wiedział, że to co się wydarzyło, nie było tylko jego winą. Story również ponosiła odpowiedzialność.
— Bo tego właśnie oczekiwałaś? Tego by był jak Malfoy dla Carrow? Jak książę z bajki? — Potter widział, jak młodsza Ślizgonka zacisnęła pięści z wściekłości. — Nie mogłaś mieć jednego, więc postanowiłaś zmienić front. Nadal żyjesz w wyimaginowanym świecie, Greengrass. Sądzisz, że wszyscy powinni wokół ciebie skakać, bo jesteś księżniczką — powiedziała zirytowana — która przecież zasługuje na dobrego i kochającego księcia z bajki. Księcia, który po jednym zbliżeniu nagle stanie się twoim chłopakiem, mężem i ojcem twoich dzieci. Ocknij się z tych bredni, które sobie wmówiłeś. Bo Potter romantykiem nie jest. To zwyczajny chłopak z masą problemów, który potrzebuje przyjaciół. Za to ty traktujesz jego jak i resztę niczym meble. Ludzie to nie zabawki.
— Nie masz prawa mnie oceniać w tej kwestii — rzuciła jedynie, po czym odbiegła, a za nią Mosby, pozostawiając Toukę z Harrym samych na korytarzu. Dziewczyna westchnęła i opadła na ławkę, zakrywając twarz dłońmi.
— Przepraszam cię, Harry — szepnęła cicho. — Nie powinnam się wtrącać.
Potter również usiadł na ławce i wypuścił ze świstem powietrze. Musiał to przemyśleć na spokojnie, ale nie miał już siły. To wszystko było dla niego zbyt przytłaczające.
— Czuję się wykorzystany — powiedział pusto i poczuł coś gorzkiego w ustach. Jednak nie wiedział, czego konkretnie to smak… Był on jednak  bardzo nieprzyjemny.
— Czyli jesteście kwita.
Siedzieli, milcząc i żadne z nich nie chciało przerywać tej błogiej ciszy. Dziewczyna spojrzała na niego ukradkiem i szturchnęła go łokciem. Potter mimowolnie zaśmiał się i popatrzył na nią z szerokim uśmiechem na twarzy. Ona również się uśmiechała.
— Co cię tak bawi? — zapytał pierwszy.
— W prawdziwym świecie bohater i romantyk mają ze sobą naprawde mało wspólnego. Jesteś tego, żywym dowodem… i wiesz, cieszę się, że tak jest.
— Dlaczego?
— Bo teraz leciałbyś za księżniczką na pegazie z bukietem róż, błagając o wybaczenie. — Machnęła ręką lekceważąco. — Przyjaciele powinni się wspierać, a przyjacielski seks być czymś przyjemnym. Robienie z tego wielkiej sprawy jest niedojrzałe i głupie. Ty mi nie wyglądasz na głupiego, Harry. — Znów się uśmiechnęła. Potter za to pomyślał, że dziewczyna ma rację. Nie jest księciem z bajki. Był zwykłym chłopakiem, który ma lepszy i gorszy dzień. Śmiertelnikiem, który może przespać się z przyjaciółką i nie czuć się winnym za cokolwiek. Bo w końcu, oboje nie byli między sobą szczerzy.
— Mówisz to w taki sposób, jakby tego typu odczytywanie przyjaźni było czymś standardowym.
— Tak to zabrzmiało? — zaśmiała się i pokiwała głową. — Chodziło mi o to, że przyjaciele przecież mogą uprawiać seks bez zobowiązań. Ufają sobie, a to czy kiedyś może ta przyjaźń przerodzi się w coś innego to tylko skutek uboczny. — Wzruszyła ramionami. — W końcu… miłość jest ślepa.
— Tak jak sprawiedliwość. — Skinęła głową i zaśmiała się cicho.
— Choć czasami to tylko seks — rzuciła sucho. — Pytasz, czy byłam w takiej sytuacji. Tak, byłam. I szczerze mówiąc, Draco nie jest tak niesamowity, jak wszyscy wokół mówią.
— Ty i Malfoy? — parsknął zdziwiony. — Serio?
— Ale masz minę! — Zaśmiała się dźwięcznie. — Żartowałam. Chciałam wiedzieć, jak zareagujesz. — Potter zapłonął czerwienią. Krukonka za to oparła się o ścianę i westchnęła. — Nott to co innego. Nie specjalnie nas do siebie ciągnęło, w sumie… nawet się nie przyjaźnimy. Ale cóż. Raz czy dwa się zdarzyło. I jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek robiła mu za to wyrzuty.
— To wszystko zależy od charakteru.
— Chyba masz rację — przyznała z uśmiechem. — Więc? Co masz zamiar zrobić?
— Sam nie wiem… przeczekać? Emocje muszą opaść. A my powinniśmy porozmawiać szczerze i spokojnie. Mimo wszystko, nie chcę jej stracić.


***


Hestia uśmiechnęła się lekko, spoglądając na Harry’ego zmierzającego w towarzystwie Touki do szkoły. Mimo iż nigdy specjalnie nie lubiła się z Kirishimą wiedziała, że dziewczyna jest dobrą i — według niej — odpowiednią partią dla Pottera.
Dogadywali się całkiem nieźle, a zaprzyjaźnili się bardzo szybko i nie było w tym nic złego. Hestia nawet im zazdrościła. Zawsze chciała posiadać przyjaciela, z którym mogłaby porozmawiać całkowicie szczerze, wyżalić mu się i wyspowiadać się z grzechów… Kiedyś, gdy była dzieckiem miała kogoś takiego. Draco od zawsze był dla niej kimś wyjątkowym. Początkowo dzieliła się z nim wszystkim, jednak z czasem oboje zaczęli mieć przed sobą tajemnice. Okłamywali się, co spowodowało, że oddalili się od siebie. Zabawne jak bardzo relacja z inną osobą może wpływać na twój charakter i osobowość. Nagle zwykła dziewczyna może stać się wredną wiedźmą w ciele niewiniątka.
— Nieładnie — usłyszała nagle i odwróciła wzrok do Zabiniego stojącego tuż obok niej. Spoglądał z rozbawieniem na Harry’ego i Toukę. — Astoria go wszędzie szuka, a on sobie spaceruje z Kirishimą. Szykuje się niezła afera.
— Chcesz zastępować Draco w roli dupka? — spytała, sama dziwiąc się swoimi słowami. Ślizgon również przez chwilę był w szoku, jednak po chwili zaśmiał się i wzruszył ramionami.
— Zawsze nim byłem. To że pokażę światu swoją prawdziwą naturę, to tylko szczegół.
— Jak tam sobie chcesz.
— To wszystko? — zapytał, gdy Carrow odwróciła się na pięcie i skierowała w kierunku Wielkiej Sali. Wydawała mu się smutna, więc poszedł za nią. — Nie chcesz mnie powstrzymać? Powiedzieć, że im zaszkodzę, że nie powinienem tego robić?
— I tak byś nie posłuchał… Ewentualnie wyśmiał. Także nie, nie mam zamiaru cię powstrzymywać — rzuciła sucho, bawiąc się paskiem przyczepionym do torby. — Zmarnowałabym tylko energię i czas.
— Jesteś zła o to, co powiedziałem rano?
— Nie — odparła i uśmiechnęła się pod nosem. — W sumie się z tobą zgadzam. Muszę zacząć zachowywać się jak normalna dziewczyna a nie jakaś świętoszka. W końcu nikt nie jest idealny. Wszyscy mamy wady i nie musimy się ich wstydzić.
— Masz jakieś schorzenie, które bałaś się pokazać Draco?
— Co to za pytanie? — zaśmiała się lekko. — Masz syndrom syna uzdrowicielki. Wszędzie widzisz schorzenia, choroby i uszkodzenia ciała. To przerażające.
— Nawet nie wiesz jak wiele dziewczyn, to podnieca — oświadczył zadowolony. Carrow pokiwała z politowaniem głową. — Zabawa w uzdrowiciela podczas seksu często podnieca je bardziej niż mineta. To jest dopiero coś dziwnego… Słodko się rumienisz, Carrow —  dodał, widząc jej wypieki na policzkach. —  Jesteś już prawie dorosłą wiedźmą. Przywyknij do tego w końcu.
— To nie tak, że nie przywykłam, często mówisz tego typu rzeczy, ale… dla mnie to odrażające. Znaczy nie chodzi mi o seks — powiedziała nieco zakłopotana. — Po prostu wszyscy mówią otwarcie o sprawach tak prywatnych… Rozmawiacie między sobą o rozmiarach piersi, prącia, w jakich miejscach dochodziło do zbliżenia. Jak mam spokojnie usiąść w klasie na ławce, kiedy wiem, że jakiś chłopak spuścił się tam w swoją dziewczynę?—  zirytowała się.
— Intymne tematy cię peszą?
— Zwyczajnie twierdzę, że niektóre rzeczy powinno się zachować dla siebie. Ja nie opowiadam ludziom o tym, co z Draco zrobiłam, a czego nie.
— Raczej o tym czego nie... — Przystanęli. Carrow zamilkła, uświadamiając sobie to, co powiedziała. Była tak zdenerwowana, że zupełnie zapomniała o tym, co mówi. Teraz. Chciała podać przykład by zrobić mu na złość… tylko, że takowego nie posiadała.
—  Ciszej —  syknęła i rozejrzała się wokoło. — Nie chcę, by ktoś wiedział.
— Niby o czym? —  spytał.
— Ludzie bywają okrutni. — Spojrzała na niego. — Gdyby wiedzieli pewnie znów… byłabym świetnym tematem do żartów — oświadczyła ciszej. — W końcu sam fakt, że Draco się mnie nie tknął przez prawie trzy lata, to  przezabawny temat.
Blaise przytaknął mimo, iż czuł jej złość i ironię w głosie. Oparł się o parapet jednego z okien, po czym spojrzał na nią z oczekiwaniem. Byli tu sami, więc mogli w spokoju porozmawiać. Hestia dziwiła się temu, że rozmawia z Zabinim tak swobodnie. Nigdy wcześniej nie chciała nawet myśleć o nim jako przyjacielu. Był zarozumiałym casanovą, który w kółko gada o tym, ile panienek zaliczył jednej nocy i ciągle nabija się z niej i jej stylu bycia. W końcu dla niego to musi być nie do pojęcia… żyć w czystości.
— Czuję wstyd. — Nie wytrzymała i opuściła głowę cała czerwona na twarzy.
— Niby dlaczego?
— Właśnie dlatego, że się mnie nie tknął — wyznała cicho. — Kiedyś brał sobie dziewczyny, gdzie i kiedy chciał, zupełnie się z tym nie kryjąc… Zresztą sam wiesz. Był wtedy  twoim najlepszym kumplem. — Zabini skinął głową, choć ona tego nie dostrzegła, bo nadal patrzyła w podłogę — Jednak kiedy zaczęliśmy ze sobą chodzić… jego zainteresowanie tematem stosunkiem fizycznym czy chociażby czymś podchodzącym pod tę tematykę uległo całkowitej zmianie. — Zacisnęła dłonie w pięści. — Jakbym była jakaś upośledzona. — Strzeliła palcami. Zabini wiedział, dlaczego Draco potraktował ją w taki sposób, jaki opisała. Musiał przyznać, że go rozumiał… Chociaż nie do końca. Zrozumiałby, gdyby zachowywał się tak tylko na początku, jednak on ciągnął to latami.
— To dlaczego nie przejęłaś inicjatywy?
— Myślisz, że nie próbowałam? — Zabini zamrugał zdezorientowany. —  Nawet nie wiesz, jak ciężko mi było… Draco był zaawansowany w tych sprawach…  Bałam się, że mnie wyśmieje…
—  Znów nie rozumiem. Dlaczego miałby cię wyśmiać, skoro doskonale wiedział o tym, że ty nigdy nie miałaś styczności z innym chłopakiem? Może i był chamem, ale też twoim przyjacielem. Nie zrobiłby tego.
Hestia podeszła do niego i przysiadła na parapecie, a jej ręce drżały. Naprawdę wyglądała na przejętą tą rozmową, jakby nigdy wcześniej nikomu o tym nie opowiadała.
— Też tak sobie wiele rzeczy tłumaczyłam — westchnęła. — Dlatego się przemogłam i postarałam przejąć inicjatywę. Raz… raz spróbowałam.
— I?
— To był zły moment — oświadczyła rzeczowym tonem. — Chciałam poprawić mu humor… żeby przestał myśleć w kółko o tym, co się wydarzyło z jego ojcem. —  Zadrżała. — By przestał myśleć o Cassy… misji i znaku. Chciałam, żeby się lepiej poczuł. Bo w końcu mieliśmy się wspierać… pocieszać. Ale nie wyszło — dodała ciszej. — W wakacje bardzo dużo się kłóciliśmy. Co pewnie każdy zauważył … ale problemem nie była Astoria… nie do końca.
—  Co chcesz przez to powiedzieć?
—  Nie wyśmiejesz mnie?  — Blaise zamrugał z wyraźnym szokiem, ale pokiwał głową.
— Wina leżała po mojej stronie bo... zrobiłam się o nią zazdrosna. — Hestia po wypowiedzeniu tego zdania znów się zgarbiła. Serce waliło jej jak szalone. Bała się tego, co powie Zabini. Pewnie ją o coś oskarży i wyśmieje. Zdziwiła się więc, kiedy Blaise powiedział coś zupełnie innego, niż się spodziewała.
— Chciałaś zaznaczyć teren, co? — zaśmiał się lekko, ale nie wyczuła w tym kpiny, raczej ciekawość. — Wcześniej nie przeszkadzało ci, że Draco nie robi ci zupełnie nic… Nie na tym polegała wasza relacja. Ale czarę przeważyła atrakcyjna małolata, która jest do tego najlepszą przyjaciółką jego ukochanej siostrzyczki… Faworyta, że tak to ujmę.
— Bardzo go lubiła. — Zirytowana pokręciła głową. — Przerywała nasze rozmowy, spacery, wchodziła butami w nie swoje życie. Popsuła porządek… Żyliśmy może z żalem, ale nigdy nie było w tym złości — westchnęła z rezygnacją. —  Pewnego dnia, zdenerwowała mnie do tego stopnia, że po prostu nie mogłam już siedzieć spokojnie.
—Tamtego dnia — powtórzył powoli i zamyślił się. — Nie masz na myśli, przypadkiem dnia waszej awantury na urodzinach Cassy? — Przytaknęła. Zabini zaklął szpetnie, po czym machnął ręką, by kontynuowała. Ona jednak uniosła ze zdziwienia lewą brew.
— Skąd ta reakcja?
— Malfoy — westchnął. —  On przecież wtedy prawie cię…
— Zabini! — syknęła, odwracając wzrok na korytarz, jakby upewniając się, że nikt nie idzie. — Był zły. Powiedziałam za dużo… potem, kiedy wyszliśmy, chciałam to naprawić. Ale… nie wyszło.
— Nie dziwię się. Po takiej awanturze nawet seks na zgodę nie byłby przyjęty przez większość mężczyzn. Wybrałaś naprawdę zły moment.
— Chciałam przeprosić… Wiem, to brzmi bardzo dziwkarsko, ale naprawdę byłam zdesperowana… zła… też chciałam… nie być już obojętna.
— Niespecjalnie brzmi to kurewsko. — Machnął ręką. — Chciałaś po prostu jakoś pomóc. Może jesteś nieporadna i nie wyczuwasz odpowiednich momentów, ale nie robisz czegoś z ukrytym celem. Chciałaś sprawić mu przyjemność. Obwinianie się za to, że cię odrzucił nie ma sensu, bo to nie twoja wina!. — podkreślił, patrząc w jej oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się blado z wdzięcznością. — Powiem więcej, kretyn z niego, że tego wszystkiego nie docenił.
— Malfoy zwykł doceniać pewne rzeczy dopiero, kiedy je stracił. Nie zauważyliście?
Hestia z Blaisem odskoczyli nieco w bok i spojrzeli wielkimi oczami na Ivana, który posłał im życzliwy uśmiech. Carrow zapłonęła rumieńcem, za to Zabini zmarszczył nieelegancko brwi.
      — Macie przekomiczne miny, a przecież nic takiego nie powiedziałem.
— Długo za nami idziesz? — wydukała cicho Hestia. —   Nie zauważyłam cię —  dodała, przypominając sobie, że przecież sprawdzała korytarz… i nikogo na nim nie było. Krukon udał, że się zastanawia, po czym uśmiechnął się.
— Nie wystarczająco, by wiedzieć, o co konkretnie chodziło z kłótnią na urodzinach Cassandry, jednak na tyle długo, by stwierdzić, że wciąż jesteś niewinna — oświadczył, a Hestia zapłonęła rumieńcem, spoglądając w podłogę z zażenowania.
— Po co w ogóle za nami poszedłeś? — warknął Zabini. Krukon zaśmiał się cicho i odwrócił wzrok od Ślizgonki, by spojrzeć w zirytowane, ciemne oczy Blaise’a.
— Chciałem porozmawiać z Carrow na temat kota, którego jej dałem. Więc jeśli pozwolisz, zabiorę ją na chwilkę. Zanim Zabini czy Hestia zdążyli zareagować, Bathory chwycił dziewczynę za rękę, po czym deportował się z nią z hukiem. A przecież zaraz miała się zacząć uczta.



***
Człowiek sądzi, że to wszystko grzechy kogoś innego. Zwala winę na świat, na ludzi i stara się wyjaśniać swoje błędy w jakiś racjonalny sposób. Obwinia innych, mówi, że coś przecież jest całkowicie normalne. Twierdzi, że pomyłki jakich się dopuścił, są nieistotne. Nikogo nie obchodzą. Bo w końcu... to nic takiego. Pomyłka jednego człowieka może zaważyć na losach ludzkości. Często ludzie o tym zapominają, w końcu nie są nikim istotnym. Uważają, że tylko prawdziwie zamożni i ważni ludzie rządzą światem, a reszta robi tylko za tło. Wychodząc z takiego założenia, człowiek zasadniczo może zrobić wszystko. Można zabijać, ranić innych w każdego rodzaju sposób, kraść, kłamać, mówić fałszywe słowa na innych ludzi. Bo w końcu i tak nic nie znaczy. A jeśli jednak jesteś istotny. Co wtedy? Wszystkie twoje czyny mają znaczenie, wszystko zależy tylko od tego jak wiele ich popełnisz. Ile dobrych, a ile złych... Wszystko może przyczynić się do losów świata.
— Hej.
— Cześć — odpowiedziała Flora, kiedy usiadł naprzeciwko niej przy stole Slytherinu.
Harry rozejrzał się wokoło. Wszyscy nerwowo zerkali w stronę dyrektora, z napięciem czekając na przemowę. Po wydarzeniach, które miały miejsce wiele osób zaczęło wątpić w to, czy aby na pewno Hogwart jest bezpiecznym miejscem. Przez chwilę Harry również patrzył na dyrektora, ale nie czuł, by jeszcze nadszedł moment na przemówienie Dumbledore’a. W końcu brakowało jeszcze całkiem sporej liczby uczniów. Musieli poczekać. Ślizgon skierował więc z powrotem oczy w kierunku Flory. Cóż... już jej ton głosu mówił mu, że nie jest dziś w najlepszym humorze. To pewnie dziwnie brzmi, jednak on naprawdę wyczuł to w tym krótkim przywitaniu. A potem jego wzrok padł na Greengrass.
Rozmawiał jeszcze z Touką o Astorii, zanim poszli na ucztę. Poradziła mu, żeby nie reagować specjalnie emocjonalnie na to, jaki jest stan Story, tylko myśleć trzeźwo. Inaczej Harry da się łatwo ponieść chwili. I zanim się obejrzy, znów stanie się coś, czego on sam nie planuje.
Story, nie rumień się tak — zaśmiał się Blaise, który zasiadł właśnie obok Greengrass i klepnął ją w plecy. — Wiem, że moja osoba cię zawstydza, jednak już to przerabialiśmy.
Idiota — parsknęła brunetka, a Potter również się zaśmiał. Jednak kiedy tylko dostrzegł wzrok Astorii zamilkł, a jego uśmiech zniknął. „Jest bardzo zła” przeszło mu przez myśl, ale milczał. Zwrócił uwagę na stół Krukonów, a konkretniej na Toukę, która rozmawiała o czymś z Luną. Blondynka wyglądała na zmartwioną, co było do niej niepodobne... Dlaczego Lovegood była smutna?
“Też mnie to zastanawia” usłyszał i drgnął lekko kiedy uświadomił sobie, że był to głos w jego głowie... Jednak nie należał do niego. Już kiedyś miał tego typu doświadczenie, siedząc przy tym stole, wtedy przemawiała do niego Carrow, więc Harry odwrócił głowę w stronędziewczyny. Faktycznie Flora także wpatrywała się w Lunę.
Nieczęsto pojawia się w takim stanie publicznie — oświadczyła znudzona. — Coś musi być na rzeczy. I mam dziwne wrażenie, że to tyczy się Ivana.
Bathory'ego? — spytał zdziwiony Harry. — To znaczy?
Coś szykuje... Do tego jest mu potrzebna Hestia. To pewne.
Słucham?! — Potter nieświadomie podniósł głos, jednak kiedy tylko zdał sobie z tego sprawę zamilkł i powtórzył ciszej — Jak to? Dlaczego Hestia?
Gdybym to wiedziała byłoby łatwiej — westchnęła. — Masz z nią dobry kontakt. Nie mówiła nic?
Harry ma ostatnio dobry kontakt z bardzo dużą liczbą dziewczyn — wtrącił ktoś, a Potter mógł przysiąc, że gdyby tylko trzymał w tej chwili w dłoni widelec, wbiłby go w gardło Alexa i wyrwał struny głosowe tak brutalnie, jak tylko byłoby to możliwe.
Daruj sobie. Nikt nie pytał cię o zdanie — mruknął Mosby po czym zupełnie ignorując Seijuuro – który skierował się w miejsce, gdzie siadają starsi Ślizgoni – zwrócił się do Blaise — Zabini, gdzie właściwie ją zgubiłeś? Widziałem was na korytarzu jakieś dziesięć minut temu. Szliście tu razem.
Niby tak, ale Ivan ją gdzieś zabrał. Twierdził, że chodzi o kota, którego jej dał. Choć to oczywisty blef. Wyglądał na… — Zastanowił się przez chwilę nad odpowiednim słowem — zaaprobowanego jej osobą.
A ona jest zbyt naiwna, by mu odmówić. — dodał Max. — Bathory nie polubiłby jej od tak po prostu. Coś się musiało stać.
Czyżby jej... przypadłość go interesowała? — zapytał ostrożnie Potter.
Kto wie... może. W końcu ktoś jest prawie tak samo nienormalny jak on sam. To może coś znaczyć.
Harry westchnął znużony. Z każdej strony napływało coraz więcej problemów, a on bał się, że nie wystarczy mu czasu, aby je wszystkie policzyć.  A czasu mieli coraz mniej.



***
Coś nie tak z Yang?
Ivan roześmiał się, słysząc ton dziewczyny. Hestia za to nie wyglądała na rozbawioną, zmartwiła ją zmartwiło ją to, że Bathory chce z nią porozmawiać o kocie, którego jej dał. Czyżby się rozmyślił?
Nie. Wszystko z nią w porządku — powiedział uprzejmie. — To było kłamstwo, Carrow. Naprawdę. Tylko głupi, by się nie zorientował.
Wybacz, ale ciężko chwytam aluzje.
Właśnie widzę — westchnął cicho. — Mam nadzieję, że nie wprawiłem cię w zakłopotanie, mówiąc o patronusie? —  Ślizgonka zapłonęła rumieńcem. — Czyli jednak tak. — mruknął, po czym zastanowił się chwilę. —  Nie bierz tego do siebie. Po prostu odpowiedziałem, dlaczego mi zależy... Może po mnie nie widać, ale naprawdę biorę na poważnie tego typu rzeczy. Wierzę w przeznaczenie i tak dalej.
— Czyli chociaż jedna rzecz nas łączy —  powiedziała powoli. — Chciałeś się tylko tego upewnić?
Tak. Zostawiłem cię tam samą w dosyć żałosnym stanie. Jest mi przykro.
Rozumiem — przyznała cicho, bardziej do siebie niż do niego samego. — Mam nadzieję, że to co usłyszałeś, nie pójdzie dalej — dodała po chwili.
Z mojej strony nie masz się czego obawiać. — Ukłonił się przesadnie, nadal się uśmiechając. —  Na twoim miejscu bardziej obawiałbym się Zabiniego. Nie należy do tych specjalnie hm... dyskretnych.
Może i nie, jednak w pewnych kwestiach umie zachować się przyzwoicie.
Skoro tak uważasz. — Zegar na dzwonnicy wybił szóstą. Powinni być już na uczcie. — Mogę zadać jeszcze jedno pytanie? —  Przytaknęła nieznacznie. — Co wiesz o Dzieciach Końca? — Zapadło długie i wymowne milczenie.


***
— Prawdziwy Ślizgon, to znaczy jaki?
— Taki, który trzyma się kodeksu.
— Przecież nikt się go nie słucha.
— Więc nie ma już Ślizgonów.
Taką rozmowę Potter usłyszał rankiem, przechodząc obok dwóch pierwszorocznych wychowanków domu Salazara. I właśnie te słowa wprawiły Harry’ego w osłupienie. A raczej dwa słowa: “nie ma”. Teraz miał chwilę czasu, by się nad tym zastanowić. Nadal czekali na przemowę dyrektora, co stawało się nużące, ale wiedzieli, że Dumbledore trzyma ich w napięciu tylko po to, by później wszyscy pochłaniali jego słowa jak gąbki wodę. Bo spragnione umysły pochłaniają informacje bardzo szybko, kodują je i zapisują w środku siebie, żeby później nad nimi poważnie się zastanawiać… i być świadomymi zagrożenia.
Harry patrzył na uczniów swojego domu, a im dłużej się przyglądał, tym większe obawy się w nim budziły. Spoglądał na pierwszorocznych gawędzących z Krukonami przy stole Ślizgonów. Gdy odwrócił wzrok ujrzał Alexa przystawiającego się do jakiegoś chłopaka z piątego roku, nie był on zainteresowany, ale mimo wszystko Harry poczuł niepokój, więc skierował swój wzrok gdzieś indziej. Tracy nie miała szkolnych szat, które zastępowała “bluzka”, która więcej odsłania, niż zakrywa, a był środek tygodnia. Potem jego wzrok przykuły dziewczęta, które w trakcie uczty malowały paznokcie, wprawiając w zdegustowanie siedzącą przy nich męską część Ślizgonów.  “Nie ma” powtórzył w myślach. Pokręcił głową, patrząc na swój talerz i zacisnął dłonie w pięści: “ Trzeba to zatrzymać!”
— Wyglądasz na przejętego. — Drgnął i uniósł wzrok. Flora patrzyła na niego. Nie okazywała uczuć, choć wyczuł w jej barwie głosu, nie tyle zmartwienie, co ciekawość. — Stało się coś?
— Nie widzisz? — odpowiedział pytaniem i wskazał wszystkich wokół. — Powariowali. Wszyscy. Z dnia na dzień pozwalają sobie na coraz więcej. A ja nie mam pojęcia jak im tego zabronić.
Carrow przejechała wzrokiem po wszystkich Ślizgonach, a jej mina z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zdegustowana. Najwyraźniej właśnie zobaczyła to, z czego wcześniej nie zdawała sobie sprawy, ignorując wszystkich wokół, jak to miała w zwyczaju.
— Nie zwariowali — oświadczyła, wracając do niego spojrzeniem. — Zwyczajnie się ciebie nie boją. Nie jesteś Draco, nie mają po co się ciebie słuchać. Nawet przez fakt, iż jesteś prefektem.
— Chcesz powiedzieć, że cały ten porządek utrzymywał strach? — Skinęła głową, potwierdzając jego słowa.
— Poprzedni prefekt również niewiele mógł zdziałać. Chyba nawet nie chciał — powiedziała po chwili namysłu. — To postęp, Potter. Ludzie zrywają z dawnymi zasadami, ustalają sobie własne. Draco za swojej hmm… kadencji ustabilizował wszystko tak, by było w normie, żeby Ślizgoni kierowali się kodeksem. Dopóki był Draco, wszystko działało tak jak należy— oświadczyła, po czym zmarszczyła brwi, patrząc w kierunku wejścia do Wielkiej Sali. Harry również tam spojrzał. Hestia przyszła z Ivanem.
— Rozmawiałyście o tym?
— Niespecjalnie. Hestia ze mną nie rozmawia.
— Dlaczego?
— Tego właśnie chciałabym się dowiedzieć.




***
— Kawa i wanilia, co? — Touka odwróciła wzrok do Theodora stojącego obok niej na wieży Astronomicznej. Wiedziała, kiedy podszedł. Słyszała jego powolne wyważone kroki. Nie starał się skradać, po prostu był nauczony tak chodzić. By nikt go nie słyszał i nie widział.
—  Trawa i pergamin — odparła. Chłopak uśmiechnął się przelotnie, po czym oparł się o barierkę i popatrzył na naczynie w jej dłoniach, piła kawę z wanilią. Touka nie używała cukru czy słodzików, wolała wlewać do kawy eliksiry o słodkim i delikatnym smaku, takim jak właśnie eliksir z kwiatu wanili.
— Chodziło mi o twoją kawę, ale miło, że pamiętasz — przyznał spokojnie. Dziewczyna uśmiechnęła się, spoglądając w stronę jeziora.
—  Coś konkretnego cię przygnało akurat do mojej osoby? — spytała cicho, po czym napiła się kawy, a kiedy ten nadal milczał nieco zmieniła taktykę. Wyczuła, że chce jej o czymś powiedzieć, ale czekał na dobry moment. Przyszedł tu po coś i to co postanowił spełni, ale najpierw musi się do tego przygotować. W ciszy. I ona nie miała zamiaru mu w tym przeszkadzać, więc milczała. Skupiała się na widoku, na wietrze, który owiewał jej twarz i wprawiał włosy w lekkie falowanie, na smaku kawy, którą piła. A gdy to robiła przypomniała sobie chwile, kiedy to jako dzieci wylali na siebie eliksir rozpoznawalności i byli w stanie zdefiniować konkretny zapach.
Jej osoba była połączeniem kawy i wanilii. Theodor mieszkał w hrabstwie Westchester, które słynęło z najpiękniejszych łąk w całej Szkocji. Przez co zapach dzikiej trawy był czymś charakterystycznym dla jego osoby, tak jak i zapach pergaminu, ponieważ większość swojego młodzieńczego życia spędził przy zwojach i księgach. Dlatego też jego woń łączyła w sobie akurat te dwa zapachy.  Za to Hestia pachniała różami i czekoladą.
— Draco pisał? — odezwał się w końcu. Dziewczyna pokręciła głową i na niego spojrzała. Patrzył zamyślony w horyzont. — Szkoda.
— Wnioskuję, że do ciebie również się nie odezwał.
— Niestety — mruknął. — Potter sobie nie radzi… a Lauren podjudza Ślizgonów. Gdy tu szedłem, minąłem dwóch chłopców z drugiej klasy – Gryfona i Ślizgona – okładających się zaklęciami na środku korytarza.
— Nie zareagowałeś? — Wzruszył ramionami. Dziewczyna westchnęła i wzięła łyk kawy. — Draco by to opanował? Miał aż taką władzę?
— Czy miał? — prychnął rozbawiony, unosząc wyżej brwi na znak zdziwienia. — Wszyscy skakali wokół niego jak skrzaty domowe obok swojego pana. Jego dar otwierał wiele możliwości, które wykorzystywał. Jako jeden z niewielu Nadzwyczajnych, potrafił korzystać z niego praktycznie… Dobrze, że zrobiliśmy mapę. Teraz pewnie się przyda.
— Też twierdzisz, że moc zniknęła po pozbawieniu go wzroku?
— Tak mi się wydaje — oświadczył cicho. — Choć wolałbym mieć pewność… Cholera, dlaczego nie pisze?
— Martwisz się.
— Też byś się martwiła, gdyby to był twój brat — warknął. Touka drgnęła, a chwilę później zmienił się wyraz jej twarzy. Złagodniał, wcześniej wpatrujące się w niego rozbawione oczy zabłysły troską, a na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. Wyciągnęła do niego dłoń i dotknęła jej powoli, po czym ostrożnie splotła ich palce. Patrzył na to biernie, nie odsuwając się. Dał się dotknąć, przyjął jej gest, a nawet lekko się uśmiechnął. Cóż… dzielili przeszłość. Coś ich łączyło, przez co nie byli sobie całkowicie obcy. I może nie chcieli do niej nigdy wracać, to mimo wszystko pamiętali wszystkie dni spędzone w swoim towarzystwie, które nie należały do tych najpaskudniejszych wspomnień. Były radosne. — Skłamałaś.
— Tak — potwierdziła jego stwierdzenie, patrząc na ich dłonie. — Nie wróci tu… Kazał zapomnieć.
— Egoista.
— W końcu to Malfoy. — Oboje cicho się zaśmiali, po czym Theodor zmarszczył brwi.
— To oznacza, że zostawia ją tu samą. Zdaną tylko na siebie i przepowiednie… a obiecał, że nigdy jej nie porzuci. Kłamca — powtórzył zirytowany i nieco ścisnął jej dłoń, zupełnie nieświadomy tego, że ona wciąż go trzyma. Dopiero kiedy coś lekko strzeliło, zamrugał zdziwiony i spojrzał na nią. Poluźnił uścisk. — Czasami zapominam jak drobne są dziewczyny. — Kirishima zaśmiała się lekko i westchnęła.
— Chciałabym, żebyśmy się dogadali. Wszyscy — zmieniła temat i spojrzała na niego. — Pomóż mi wprowadzić zgodę wśród nas. A potem wyjaśnić sprawę z Gryffindorem. Naprawdę Hogwart jest niesamowity, nie chciałabym, żeby przez różnice zdań, stał się jakimś pobojowiskiem.
— Taka antyspołeczna dziewczyna jak ty polubiła szkołę?
— Dziwnie to brzmi, prawda? — westchnęła z nostalgią. — Tak. Postanowiłam przestać zadręczać się tym, co mi się przytrafiło kiedyś, tym kim jestem, plotkami na mój temat, a wiesz dlaczego?
— Nie mam pojęcia.
— Bo widzę, że nie jestem sama. Każdy ma swoje problemy, a tłumienie tego w sobie nie ma najmniejszego sensu, wtedy można tylko popaść w szaleństwo, a przecież zamiast tego, równie dobrze można się dobrze bawić, nie sądzisz?
— Im dłużej przebywasz z Potterem, tym bardziej stajesz się do niego podobna.
— To znaczy?
— Chcesz być bohaterem. —  Machnął dłonią lekceważąco. — Świata nie zbawisz.
— Nawet nie próbuję — odparła cicho i znów spojrzała na ich dłonie. — Po prostu… chcę się dobrze bawić.
W tej chwili Theodor pomyślał, że Touka ma rację, bo w końcu życie jest za krótkie, by zadręczać się sprawami, które po śmierci i tak stracą ważność. Istotny jest dzień dzisiejszy i to, czy zdołasz w nim utworzyć wspomnienia, które zapamiętasz do końca swoich dni. A to wbrew pozorom, bardzo trudna sztuka.




***
— A jeśli by tak dodać powtórzenie w drugiej zwrotce?
— W którym momencie?
— Tym. — Wskazał trzecią linijkę w drugiej kolumnie. — Dopełni melodię.
— Czy ja wiem? I tak jest tu już sporo powtórzeń.
— Więc zaśpiewaj.
— Słucham?
— Zaśpiewaj — powtórzył Ivan z rozbawieniem. — Kiedy to zrobisz, poczujesz w wydźwięku, czy lepiej brzmi to w ten czy pierwotny sposób.
— Nie potrafię śpiewać.
— Po prostu spróbuj. —  Dziewczyna pokręciła głową, patrząc na tekst. —  To zacznę, a ty się dołącz.
—  Nie mam głosu do śpiewu.
— Kto ci tak powiedział? — Nie odpowiedziała. Bathory znów spojrzał na tekst i uśmiechnął się lekko, kiedy faktycznie dopisała do zwrotki powtórzenie. — Chciałbym, kiedyś usłyszeć jak śpiewasz.
— Szybciej umrzemy, niż to się stanie — odparła. Zaśmiał się lekko, po czym jego uśmiech lekko zbladł, kiedy to ktoś zasłonił im światło słońca przedzierające się przez gałęzie dębu, pod którym siedzieli. Wcześniej miło ogrzewało ich twarze.
—  Hestia możemy porozmawiać? — Dziewczyna uniosła wzrok i zamrugała zdziwiona. Harry stał przed nimi, trzymając w rękach kilka ksiąg o Obronie Przed Czarną Magią, a jego mina wyraźnie wskazywała na to, że nie ma czasu na podchody i słowne gierki. Ivan milczał. Carrow za to zdawała się nie dostrzec jego miny szczeniaka i wróciła wzrokiem do tekstu.
— Pewnie — rzuciła, znów przekreślając jakąś linijkę. — O co chodzi? — Potter lekko się skrzywił. Krukon rozumiał, dlaczego Hestia zupełnie zignorowała Ślizgona, jednak mimo wszystko nie chciał, by przez niego, jak i to co się z nią dzieje, straciła wszystkich, którym na niej zależy. Podniósł się, po czym spojrzał na dziewczynę.
— Mam teraz zielarstwo. Widzimy się za godzinę.
— Mówiłeś, że na nie nie uczęszczasz.
— I tak jest. — Zmarszczyła bawi. Chłopak zaśmiał się lekko i podniósł torbę z ziemi. Kiedy odszedł, dziewczyna zwróciła uwagę na Pottera. Odprowadzał wzrokiem Krukona do czasu, gdy ten zniknął za wrotami szkoły.
— Flora cię przysłała? — Pytanie było krótkie i niespecjalnie tętniące życiem. Harry westchnął i spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze przed momentem siedział Bathory.
— Mogę się przysiąść? — Skinęła głową, choć nie wyglądała na specjalnie szczęśliwą z tego powodu, bardziej wydawała się zirytowana. — Nie będę zgadywał i pytał o to, jak się czujesz. Zapytam prosto i bez ogródek, więc liczę również na taką odpowiedź — oświadczył cicho. Miał na dziś już wystarczająco dużo kłótni. — Co się dzieje?
— Sprecyzuj pytanie.
— Hestia…
— Nie mam siły, Harry — powiedziała i zamaszystym ruchem skreśliła jakąś linijkę, po czym spojrzała na niego. Jej wzrok wręcz krzyczał, że nie chce go widzieć. — Nie mogę na nich wszystkich patrzeć. Na kłamców i hochsztaplerów. Aktorów, którzy okłamywali mnie przez całe życie — warknęła. — Nawet nie wiesz jaką wściekłość, teraz do nich czuję. Do Flory, Notta… Draco.
— Nie znali prawdy. Obwinianie ich za to co się… z tobą dzieje, nie ma sensu — powiedział ciszej. — Jesteś jedną z najbardziej wyrozumiałych osób jakie znam. Uświadomiłaś mi, że nie warto oceniać książki po okładce, że ludzie ukrywają w sobie wiele zła, często nie chcąc ranić innych. Pokazałaś, że nawet tyran może kochać… Wiesz, czym jest wybaczenie.
— Wiedziałam — oświadczyła, znów odwracając wzrok na kartki pergaminu. — Tylko dlatego, że miałam pojęcia, czym jest prawdziwa nienawiść. Teraz już wiem… — zamilkła i zgarbiła się. — Nie chcę już cierpieć, dlatego pozostanę bierna. Jeśli nie będę widywać się z tymi, którzy mnie ranią, uniknę bólu.
— Ucieczka przed problemem nie ma sensu.
— Za to konfrontacja mnie zabije — stwierdziła tak spokojnie, jakby mówiła o jakimś banalnym zadaniu z Eliksirów. — Nie chcę umierać. Boję się tego.
— Bathory tak ci powiedział?
— Ivan nie ma z tym nic wspólnego. To siedzi we mnie… zawsze siedziało. Ból. Niewyobrażalnie wielki ból, który za każdym razem, kiedy przydarzyła się jakaś przykra sytuacja rozrywa mnie od środka. Nie dawał spać, myśleć swobodnie, normalnie funkcjonować.
— Byłaś chora. To przez…
— Nie masz pojęcia, przez co tak się działo — przerwała mu chłodno. — A raczej… przez kogo — warknęła. — Nie chcę wracać do przeszłości. Pragnę żyć spokojnie. Bez ciągłego cierpienia, które i tak powoli mnie zabija. I zabije, ale nie teraz. — Zaczęła pisać coś na pergaminie. — Teraz jest mój czas, moja rola i chcę ją zagrać jak najlepiej. Wykorzystać potencjał jaki drzemie w mojej osobie… żeby potem nie żałować.
— A nie będziesz żałować tego, że przez takie życie straciłaś siostrę i bliskich?
— Siostrę? — Spojrzała na niego jednoznacznie, a Potter zamilkł. — Naprawdę? — Gorycz w jej głosie wręcz paliła. Najbardziej zabolały go nie jej słowa, ale ton jakim je wypowiedziała. — Nigdy się mną nie przejmowała. Nigdy nic nie mówiła. Czy ktoś, kto miał cię w poważaniu przez całe życie, ma być dla mnie istotny? Ktoś, kto ani razu nawet nie próbował dostrzec tego, że potrzebuję wsparcia. Dla mnie takie życie było za trudne! Błagałam — podkreśliła wściekła — o pomoc!  Już nigdy nie nazwę jej siostrą. Bo ona nigdy nie chciała pomóc mi w moich problemach. Jak i nie dawała pomóc sobie. Odepchnęła mnie, więc powiedz mi, Harry, z jakiej racji ja nie mogę z nią zerwać?
— Bo wiesz czym jest wybaczenie — powtórzył pewnie i spojrzał w jej oczy. Zranione oczy dziewczynki, która nigdy nie miała nikogo, kto tak naprawdę ją kochał. — Rozumiesz je. Nawet teraz gdy twierdzisz, że ich wszystkich nienawidzisz, wybaczysz im. Odpuszczasz, bo nie chcesz cierpieć, ale gdybyś nienawidziła, to chciałabyś, by oni cierpieli tak jak ty. Ale nie jesteś bezduszna. — Odwróciła wzrok. — Nie chcesz, by inni również czuli ten ból. Bo to coś okropnego, czego nie życzyłabyś nawet największemu wrogowi.
— Nie masz pojęcia, co czuję.
— Ale nie powiesz, że nie mam racji — odbił piłeczkę. Carrow milczała. Za długo, czym dawała mu znać, że już na niego czas. Chciała zostać sama, ale on uparcie siedział w miejscu, patrząc na nią. Widział jej cierpienie. Sam się dziwił, że wcześniej go nie dostrzegł. Przecież było to widoczne na pierwszy rzut oka. Jej załzawione oczy, zgarbiona i zlękniona sylwetka, chorobliwie blada skóra… Wyglądała jak Draco, który mówił mu o tym, jakie zadanie powierzył mu Voldemort. Była smutnym i żałosnym człowiekiem, który nie zaznał akceptacji najbliższych, dlatego też wybrała błędną ścieżkę. Nikt nie powiedział, że nie może, że to coś złego, że tym postępowaniem stoczy się na samo dno.
— Mylisz się. — Drgnął. Głos miała zimny. — Jestem bezduszna. — Popatrzyła na niego pustym wzrokiem. — I nie wiem, czym jest cokolwiek innego niż żal…
— Hestia…
— Nie, Harry — przerwała mu. — Nie będę słuchać wywodów o niepoddawaniu się, o bezsensie swoich słów ani o tym, że mam walczyć z przeznaczeniem. Z nim nie można walczyć. Jeśli się to robi, dzieją się o wiele straszniejsze rzeczy. — Zebrała pergaminy z ziemi, po czym włożyła je do torby, którą chwyciła i wstała. — Nie będę walczyć, bo to nie ma sensu. Odpuść. Tylko na tym stracisz i czas, i energię. A one będą ci potrzebne, i to bardzo.
— Ze mną też zerwiesz kontakt? — Zatrzymała się. — Czym zawiniłem? Skrzywdziłem Cię?
— Nie.
—To dlaczego każesz mi odpuścić? — Też się podniósł i podszedł do niej. — Dlaczego nie chcesz rozmawiać?
— Bo podejmujesz się tematów, które nie powinny cię obchodzić.
— Jestem twoim przyjacielem. Twoje zdrowie jest sprawą, która powinna mnie obchodzić. — Mimowolnie się uśmiechnęła, dostrzegł to, przez co pomyślał, że nie wszystko jeszcze stracone, że Hestia wcale się nie zmienia… Zwyczajnie przestała grać rolę radosnej dziewczyny, którą pokazywała wokół, byle tylko nikt nie wiedział, jak smutna jest w rzeczywistości. Po prostu teraz pokazała siebie. I według niego, był to krok naprzód.
— Masz wystarczająco dużo swoich problemów.
— Fakt, jest ich sporo — przytaknął i wzruszył ramionami. — Jednak od kilku… godzin, wychodzę z założenia, że nie ma sensu się nimi zadręczać, prędzej czy później znajdę sposób, by się od nich uwolnić.
— A jeśli ci go zabraknie, bo bardziej interesowało cię życie kogoś innego?
— Nie będę tego żałował — powiedział pewnie. — Będę miał świadomość, że starałem się pomóc przyjaciółce.



***
— Arturze... Arturze!
Rudowłosy mężczyzna zerwał się z kanapy, słysząc wrzask swojej żony dobiegający z kuchni.
Po powrocie z pracy zdrzemnął się trochę, by chociaż na chwilę zapomnieć, o tym wszystkim, co wkrótce ma nadejść. Widział już pierwszy artykuł na temat Ronalda i tego co zrobił z synem Lucjusza… A gdy tylko przeczytał nazwisko prawnika Malfoya, chciał strzelić sobie Avadą w skroń.
Jeremy McCullen należał do jednych z najbardziej szanowanych magoprawników w świecie magii, bronił samego hiszpańskiego Ministra Magii ‒ oszusta, który zadłużył swój kraj na trzynaście miliardów galeonów ‒ zdołał obronić oszusta, ponad to, zdołał jeszcze wymusić na sędzi odszkodowanie dla swojego klienta. Był specjalistą w swojej branży i musiałby zdarzyć się cud, by Weasley wygrał tą rozprawę.
— Arturze! — wrzasnęła Molly.
Mężczyzna przyspieszył kroku i wbiegł do kuchni. Prawie wywalił się u progu, kiedy przed jego oczami pojawiły się te charakterystyczne blond włosy.
— Arturze — powtórzyła po raz któryś Pani Weasley. Tym razem głosem pełnym pożałowania do “spektakularnego” wejścia jej męża do kuchni. Rudowłosy czarodziej szybko wyprostował się i poprawił okulary, które zsunęły się z jego nosa. Znów spojrzał przed siebie i zaniemówił na widok człowieka stojącego w jego domu…
— Lucjusz — wykrztusił i wziął wdech. — Jak… jak się tu dostałeś?
— Przez kominek. Naprawdę Weasley to pytanie wręcz dobitnie ukazuje twój stan umysłowy. Lepiej kiedy siedzisz cicho. — Rudowłosy zacisnął usta w wąską linię, Molly za to całkiem przypadkiem chwyciła do dłoni patelnię. Blondyn jednak nie przejął się tym w ogóle, wyjął zza pazuchy płaszcza kopertę i rzucił ją na stół. Ta przesunęła się przez blat i zatrzymała tuż przy jego końcu. Weasley spojrzał nieufnie na mężczyznę po czym chwycił za kopertę i otworzył ją. Nie znał tego pisma, ani pieczęci… Rozłożył list i zaczął czytać, a jego oczy z każdym zdaniem otwierały się szerzej i szerzej.
— Kochanie, co tam jest napisane? — spytała Molly, obchodząc blondyna w taki sposób, by mieć go po stronie prawej dłoni, w której trzymała patelnię. Podeszła do męża, jednak zanim zdążyła nachylić się i przeczytać tekst, Weasley opuścił dłoń z papierem w dół, patrząc na Lucjusza. Ten miał  spokojną, poważną i nieco zdegustowaną minę, kiedy spogladał na jedną z horągwii wiszących nad kominkiem, było na niej godło Gryffindoru.
— Kpisz sobie, że na to przystanę — powiedział lodowatym głosem Artur. Lucjusz uśmiechnął się przelotnie.
— Zrobisz to, bo wiesz, że przegrasz. Nie masz szans w tym procesie, tylko się upokorzysz, próbując walczyć z McCullen. Nie oszukuj samego siebie Arturze. Ta rozprawa oznacza twój koniec.
— Prędzej dam się upokorzyć w sądzie niż wchodzić z tobą w jakieś układy! — wyrzucił ręce do góry, a list odfrunął ku sufitowi w chwili, gdy Molly chciała wyrwać go Weasleyowi z rąk.
— Skoro tak sądzisz — mruknął sucho. — Czasu jest niewiele, a ja mam możliwości. Za to wciąż czekam na pewną rzecz, którą jesteś mi dłużny. Oboje wiemy za co. — Weasley odwrócił wzrok, Molly zamrugała zszokowana.
— Miałeś układ z Malfoyem!?
— Molly… możesz na chwilę wyjść?
— Słucham?! — wrzasnęła, a jej palce zacisnęły się mocniej na patelni. — O co chodzi?!
— Czyli się nie pochwaliłeś. — Weasley zgarbił się mocniej. Rudowłosa kobieta odwróciła się z impetem do Lucjusza, który posłał jej lodowaty uśmiech. — Miło w końcu ujrzeć, że nie jesteście ze sobą tak szczerzy, jak twierdzicie — prychnął. Policzki Weasleya zapłonęły czerwienią.
— Molly, proszę. Wyjdź. Wszystko wyjaśnię. Przysięgam, ale potem… Chcę to załatwić sam.
— Oszalałeś! — ryknęła kobieta, choć zaczęła wycofywać się z pokoju. — Najpierw Ronald a teraz ty! Szaleństwo! Może jeszcze jakieś z naszych dzieci jest Śmierciożercą!?
— Molly!
— Daruj sobie! — wrzasnęła i zatrzasnęła drzwi z hukiem. Cisza po tym wydarzeniu nie trwała jednak długo, ponieważ Malfoy zaśmiał się cicho.
— Nie mogłeś się powstrzymać prawda? — syknał, opadając na krzesło i podniósł do niego wzrok. — Nie mogłaś choć raz przepuścić okazji, by mnie upokorzyć.
— Ja ciebie? — prychnął, a wyraz jego twarzy stał się surowy i zirytowany. — Napuściłeś na mnie ludzi z ministerstwa, grzebaliście we wszystkich — podkreślił wściekły — rzeczach znajdujących się w domu. Ciekaw jestem, jak twoja żona zareagowałaby, gdyby nagle aurorzy zaczęli grzebać w jej szafie. — Głos miał cichy, ale lodowaty, przez co Artur czuł się okropnie, tak jak wtedy na Nokturnie. Czy tak wpływowej osobie jaką jest Lucjusz właśnie udaje się brzmieć, jakby był dręczoną ofiarą? jęknął w myślach Artur. Przez myśl przeszło mu, że to on jest kimś, kogo brakuje Zakonowi. Gdyby po ich stronie stał choć jeden tak wygadany, zamożny czarodziej! Dumbledore był niewątpliwie wielki i posiadał wiedzę, ale trudno go było nazwać wybitnym oratorem. Przynajmniej na co dzień, kiedy chciał, potrafił poruszyć tłumy… Jednak to takiej osoby potrzebowali. Osoby, która wszędzie się odnajdzie, każdego omami, nawet się przy tym nie męcząc… Gdyby mieli Lucjusza… byłoby prościej. — Więc kto tu kogo lubi upokarzać? — Przez moment zastanawiał się, co ten do niego powiedział. Za bardzo skupił się na swoich myślach i zupełnie zignorował obelgi skierowane w jego stronę, ale ostatnie zdanie było jak kubeł zimnej wody.
— To zemsta? — syknał, szybko się refletkując.
— Ja, w przeciwieństwie do niektórych, mam trochę godności i nie staram się wpaść w czyjeś łaski tylko po to, by wbić mu nóż w plecy. — Ręka rudowłosego czarodzieja drgnęła. — Umowa jest prosta. Spełnisz ją, a twoją rodzinę ominą nieprzyjemności związane z przegraniem sprawy w sądzie. Sprawiedliwości stanie się zadość i nic poza tym. Mimo ,że naprawdę dałoby mi niesamowitą satysfakcję. Czułbym się lepiej, mogąc patrzeć, jak wdeptuje was wszystkich w ziemię.
— Umowa? Nie, to nie jest umowa. To rozkaz. — Wskazał kartkę leżącą na podłodze. — Oczekujesz ode mnie rzeczy niemożliwej do wykonania… Poza tym. Po co ci to?!
— A jednak nią jest. Ty robisz coś dla mnie a ja dla twojej rodziny. — Machnął ręką. — Po co? Chcę mieć pewność, że zaszlamiony Zakon nie będzie mieszać się w sprawy, które go nie dotyczą. — Artur milczał. — Wiesz, o czym mówię. Pozbądź się papierów.
— Nadal nie wyjaśniłeś motywu swojego postępowania.
— Usuń wszystkie dokumenty tyczące się Dzieci Końca — powtórzył i skierował się do kominka. — Na odpowiedź czekam dwa dni, potem umowa przestaje mieć ważność. I nikt nie powstrzyma mnie od wykończenia twojej rodziny.
— Ktoś ci to kazał zrobić?
— Powiedzmy, że dotrzymuję umów — warknał, po czym zamaszystym ruchem wsypał proszek fiuu do kominka. — Nie będę czekał wiecznie. A wy jesteście na celowniku Weasley. Jeśli duma nie pozwoli ci tego zrobić, będziesz patrzył jak umierają. Jeden po drugim.
— Grozisz mi!?
— Po prostu stwierdzam fakt. Gdy ktokolwiek dowie się… Oczywiście całkiem przypadkiem — podkreślił z ironią — o tym co robisz, będzie nieciekawie. Nie chodzi o sam Zakon czy aurorów. Śmierciożercy również nie należą do tych zbyt wylewnych. W zasadzie masz szczęście, że trafiłeś na mnie — oświadczył z rozbawieniem, a zielony płomień zalśnił Chwilę później Malfoy zniknął z domostwa państwa Weasley. Artur znów opadł na krzesło i spojrzał na list. Musiał się pospieszyć.


***

— Ładna melodia. — Theodor oderwał dłonie od klawiszy fortepianu i uniósł wzrok do dziewczyny stojącej tuż przy wejściu do klasy. — Nigdy nie mówiłeś, że grywasz.
— Nie jest to informacja specjalnie potrzeba ci do życia, więc nie było powodu, by mówić.
Hestia uśmiechnęła się blado i podeszła do niego, przystając przy instrumencie. Zawsze lubiła salę chóru, było w niej dużo miejsca, świetna akustyka i sprzęt, z którego uczniowie mogli korzystać do woli. Jednak mało który czarodziej tu przychodzi. Magowie woleli zaczarować instrumenty, by same grały do nut, niż kłopotać się z nauką gry np. na fortepianie.
— Chciałeś się spotkać — powiedziała i spojrzała na miejsce gdzie powinny leżeć nuty, nie było ich tam. — Zgaduję, że w tej samej sprawie co Harry.
— Nie wiem, czego chciał od ciebie Potter, ale wydaje mi się, że chodzi jednak o coś zupełnie innego — powiedział i spojrzał na nią. Hestia za to wzruszyła ramionami, mówiąc cicho To się okaże. — Chciałem zapytać o Granger. — Carrow rzeczywiście wyglądała na zaskoczoną. Ślizgon odwrócił wzrok i spojrzał na klawisze. — Ostatnio Bathory wypytywał ją o ciebie… Uznałem, że powinnaś wiedzieć.
— Nic nie wspominała — oświadczyła Hestia i nieco zmarkotniała. — A rozmawiamy co przerwę… Słowem nie odezwała się, że Ivan... — zamilkła i zacisnęła dłonie w pięści. Odliczyła do trzech, po czym wypuściła ze świstem powietrze z ust. — To nie ma już znaczenia. — Nott zamrugał zdziwiony jej odpowiedzią, suchą i zimną. Zupełnie nie pasującą do Carrow. — Czego Ivan by nie chciał się dowiedzieć, to już nie jest ważne. Wyjaśniliśmy sobie wszystko.
— Wzajemnie czy tylko ty? — Milczała. Theodor pokiwał głową. — Nie chcę się wtrącać w twoje życie, zresztą nigdy tego nie robiłem, ale znam Ivana nieco dłużej i lepiej niż ty. Nie ufałbym mu. Tym bardziej teraz kiedy emocje dają górę nad racjonalnym myśleniem.
— Skąd możesz wiedzieć, że tak jest w moim przypadku?
— Bo doskonale znam ból, z którym w tej chwili się mierzysz. — Carrow drgnęła. — Bathory nagle się tobą zainteresował. Nagle… a może wyciągnął błędne wnioski.
— Co masz na myśli?
— Ivan zawsze trwał przy Florze. Pilnował jej, wchłaniał nadmiar jej mocy, kiedy ta wychodziła spod kontroli. Przypominał cień.. Często przez nas zapomniany, ale istniał. Był zawsze blisko —  skrzywił się mocno —  Tylko mógł się pomylić i teraz dostrzegł swój błąd. — Carrow opuściła wzrok, a on już wiedział, że i o tym Ivan jej powiedział. — Zawracał sobie głowę tyle lat niewłaściwą bliźniaczką. Aura, którą wyczuwał nie biła od Flory… tylko od ciebie, mam rację?
— Skąd to niby wiesz? Draco ci powiedział?! — Uniosła nagle przerażony wzrok. — Mówił coś o mnie? — Teraz zabrzmiała panicznie.
— Mówił wiele, ale nic nie było związane z twoją przypadłością. Tak jak reszta dowiedziałem się o tym tuż przed jego wyjazdem — wyjaśnił. —  Chodzi bardziej o to, co się zmieni. Ivan powiedział ci czemu właściwie ma służyć to, że będziecie blisko siebie? Po co macie się zaprzyjaźniać, zbliżyć, razem mieszkać? — Pokręciła głową. — Rozumiem — mruknął i znów spojrzał na klawisze fortepianu. — Nie boisz się go?
— A ty? — odpowiedziała pytaniem i przysiadła się. Nott wzruszył ramionami.
— Byłbym idiotą, gdybym się nie bał. W życiu nie widziałem tak potężnego maga.
— Czyli nie jestem jedyna — westchnęła. — Nie sądzę, by zrobił mi krzywdę, jeśli o to ci chodzi. Jest, planuje coś, ale nie chce mnie zniewolić. Zależy mu… jak nigdy nikomu.
— Nawet Draco?
— Szczególnie Draco — odpowiedziała chłodno i dotknęła jednego z klawiszy, a delikatny dźwięk rozniósł się po pomieszczeniu. — Kochałam go, wiesz?
— Wiem… Trudno było tego nie zauważyć. — Zaśmiała się lekko i nacisnęła drugi klawisz – zupełnie przypadkowy. Nie umiała grać, po prostu lubiła dźwięki pojedynczych przycisków.
— Wiesz może, czy on również mnie kochał?
— Nie powiedział ci tego?
— Nigdy wprost — szepnęła, opuszczając dłonie na kolana, — On w przeciwieństwie do Bathory'ego chciał mnie zniewolić. Podcinał skrzydła, zranił… a ja głupia to usprawiedliwiam. Teraz już wiem, jak naiwne było moje zachowanie. Żałuję tych lat. Mogłam je inaczej spożytkować.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
— Bo go kochałam — powtórzyła, a on zamilkł. — Głupia Hestia tłumaczyła sobie każde brudne zagranie tym, że to normalne w związku, że musimy przetrzymać próbę czasu, że potem będzie inaczej… Nic nie było inaczej!
— Potter już cię zdążył zirytować?
— Co? — spytała, nagle robiąc zaskoczoną minę. W sumie nie dziwił się. Bardzo szybko zmienił temat.
— Potter — powtórzył. — Zdenerwował cię? Brzmisz na bardzo przejętą, a przecież ostatnio zupełnie nie reagujesz emocjonalnie na wszystko to, co dzieje się wokół nas
— W sumie… to dlatego, że Ivan mnie opanowuje — szepnęła po długiej chwili ciszy. Nott popatrzył na nią zdziwiony. Lekko zaczerwieniła się na policzkach. Nie pamiętał, kiedy to robiła w obecności Draco. — Daje mi eliksiry, używa swojej magii… Nie usuwa myśli, po prostu niweluje złość zbierającą się w środku mnie.
— Czujesz się przy nim spokojniejsza? — Skinęła delikatnie głową. Chłopak milczał, po czym uśmiechnął się blado i zwrócił  uwagę na fortepian, a chwilę później jego smukłe palce przejechały po klawiszach, wydobywając z nich tę samą spokojną i cichą melodię… jak z pozytywki jaką słyszała, będąc dzieckiem. Melodię dzieciństwa.
Zwróciła uwagę na jego kark. Słyszała, że ponoć Ivan zrobił mu ten tatuaż… Zresztą wytatuowane na nim słowa były bardzo często powtarzane przez postać Bathory'ego, ale ona nie widziała nic złego w tym, co się stało… Bathory ostrzega, zawsze. Gdyby tylko Theodor spełnił jego prośbę, nie byłby tak oszpecony… Chociaż… w sumie pasował mu ten tatuaż.  Przez niego dało się ujrzeć Notta takim jakim jest, nieco groźnym typem, który gardzi wszystkimi i wszystkim, a nie ułożonego, grzecznego ucznia, który cicho siedzi w ławce kiedy McGonagall pyta, kto po raz kolejny wlał do jej kapelusza eliksir barwiący. Przypominał jej Draco. Pod każdym względem… mimo że innym mogli wydawać się różni, ona widziała w nich braci. O tych samych poglądach, tych samych nawykach, z podobną historią, wspierających się zawsze i wszędzie… Bracia idealni. Nie to co ona z Florą…

***
— I jak poszło?
— Zrobi to.
— Wiedziałem, że uda ci się go przekonać — zaśmiał się Rudolphus, rzucając w stół krótkim sztyletem do gry w rosyjską ruletkę. Barty wyciągnął się wygodniej na kanapie i spojrzał na Lucjusza z rozbawieniem.
— Udało lub nie. Rudy sprawiał problemy? — Malfoy wzruszył ramionami, nalewając sobie whisky do szklanki. Podszedł do nich i usiadł w jednym z wolnych foteli.
— Nie byłby sobą, gdyby ich nie robił — warknął, po czym napił się, przymykając oczy. —  Ale zrobi to. Za bardzo boi się o swoje lwiątka, by postąpić inaczej.
— Typowy Gryfon, co? — zagadnął Rudolphus, wyjmując nóż jednym ruchem różdżki, po czym chwilę po uchwyceniu ostrza, znów rzucił nim w stół. Ostrze wbiło się idealnie w to samo miejsce, gdzie poprzednio. —  Skąd masz pewność, że nie postanowi cię oszukać?
— On?! — parsknął głośno, a jego błękitne oczy zabłysły rozbawieniem. — Jest kretynem ale uczciwym. Nie oszuka mnie. Za dużo mi zawdzięcza, by teraz mnie wykiwać.
— Tobie? — zapytał Barty wyraźnie zdziwiony. —  Jakoś nigdy nie dostrzegłem, byście się dobrze dogadywali. Szczerze mówiąc, nigdy bym was, o to nie posądzał.
Malfoy przemilczał tą kwestię, biorąc kolejny łyk Ognistej, za to Rudolphus zaśmiał się cicho i po raz trzeci rzucił sztyletem w drewniany blat.
— Stare dzieje — powiedział bordowowłosy mężczyzna. — Wiele ludzi się zmienia Barty. Sam zresztą o tym coś wiesz. Ci, których uważaliśmy za przyjaciół wbili nam nóż w plecy, a inni, którym pluliśmy pod nogi, nagle stają po naszej stronie. Ten fałsz w ludziach zawsze mnie bawił. Was nie?
—  To co mnie bawi to ten temat. No Lucy, powiedz, co takiego zrobił ci Weasley, że teraz się tak nienawidzicie? Fakt, iż ubóstwia szlamy i mugoli, aż tak cię boli? —  Wyszczerzył się do niego młodszy mag, Malfoy przewrócił oczami po czym spojrzał na Rudolphusa, ten jedynie posłał mu uśmiech. Też chciał usłyszeć tę opowieść.
—  Rozczaruję was i dziś nie odpowiem na to pytanie —  mruknął, podnosząc się z fotela i przeszedł przez pokój. — Umówiony jestem. Esmeralda nie należy do cierpliwych. Wolałbym nie stać się kolejnym, który padnie przed nią martwy, bo spóźnił się na spotkanie.
— Nie zabiję. Za bardzo cię szanuje! — rzucił radośnie Rudolphus, a jedyne co mu odpowiedziało, to huk aportacji. —  W przeciwieństwie do Narcyzy.
— Mogłeś to powiedzieć, kiedy jeszcze tu był — parsknął Barty. — Lubię patrzeć, jak marszczy brwi z irytacji. — Machnął lekceważąco dłonią. — Więc? Jak to z nimi było?
—  Z kim?
—  Lucjuszem i Weasleyem. Dlaczego się nienawidzą?
— Jest tylko jeden powód, przez który Lucjusz był w stanie kogoś znienawidzić. Powód przez który zawsze cierpi i popełnia błędy. Powód… a raczej powódka, to jego była żona.
—  Narcyza?! —  zdumiał się. —  Black sprawiła, że się nienawidzą?


— Nie… To Artur sprawił, że Narcyza znienawidziła Lucjusza. — W pomieszczeniu zapadła długa, irytująca cisza.

No i jest 41! Co sądzicie o tym rozdziale? Mi w sumie przypadł do gustu, głównie dzięki Noelli Cotto, która już od pewnego czasu sprawia, że moje teksty już nie rażą masą błędów i są miłe dla oka czytelnika. Dziękuję, że jesteście. Zapraszam również do przeczytania kolejnego rozdziału, który nosił będzie tytuł "Listy do zmarłej". Pozdrawiam Dorothy