czwartek, 3 sierpnia 2017

39. Sen nie różni się niczym od rzeczywistości. Oba światy są zwariowane.


"We śnie człowiek znajduje się we własnym świecie.Czasem pływa w głębokim oceanie,a czasem robi pierwszy krok w chmurach"





Wokół ciebie wiele znajomych twarzy, jednak w żadnej nie masz oparcia. Słyszysz głosy, niegdyś przyjazne i uprzejme, teraz przesączone złością i irytacją. Chcesz krzyczeć. Wołać o pomoc! Jednak nie jesteś w stanie otworzyć ust. Za bardzo się czegoś lękasz… Ty. Nieustraszony Gryfon! Lękasz się otworzyć usta by wrzasnąć.

Widzisz rzeczy, których nikt nie powinien oglądać. Ale nie potrafisz nic zrobić, niczym zaklęty. Patrzysz w drobną cierpiącą istotę, która ci zaufała… i która teraz umiera.
— Spójrz. — Harry wstrzymał oddech, kiedy Augustus siłą podniósł jego głowę w górę, każąc mu spoglądać na widok rozgrywający się tuż naprzeciwko niego.
— Patrz, co jej zrobiłeś — syknął mu do ucha.
Potter zadrżał po raz kolejny, czuł wymioty w ustach, chciał zwrócić swoje wnętrzności, chciał wypluć wszystko, razem z sercem, które w tej chwili niesamowicie go kuło. Krew. Dookoła krew, dookoła wrzask, pisk i cierpienie, pocięte ciało, bezwładne nogi, które przybierały trupio bladą barwę... nogi bez krwi, i życia. I one... duże, załzawione oczy, wlepione w jego postać. Ślepia, które były niczym u prawdziwego trupa czy lalki z porcelany, wielkie, błyszczące, ale puste. Augustus machnął dłonią a Dafne z cierpieniem wymalowanym na twarzy, po raz kolejny wymierzyła w siostrę różdżką.
— Nadal będziesz taki cichy chłopcze? — spytał z uśmiechem, ale Potter tego nie widział. Patrzył tylko na to jak Greengrass wygina się wpół, a potem krzyczy, wydziera się wniebogłosy, już głosem zachrypniętym, wycieńczonym, głosem osoby konającej... zobaczył krew spływającą po jej nogach, a jego serce stanęło...
— Nadal twierdzisz, że nie masz pojęcia, kim ona jest?
Harry nie zorientował się, kiedy zaczął płakać.
— Wiesz... wydaje mi się, że trochę za długo to już trwa. — Śmierciożerca wyprostował się patrząc smętnie na brunetkę, która uderzyła bezwładnym ciałem o ziemię .
— Wyciągniemy to z ciebie kiedy indziej. Ona i tak już długo się męczy. — Wysunął różdżkę z rękawa. Chłopak zacisnął dłonie w pięści, co Rockwood dostrzegł od razu. — Coś ci się nie podoba? — zagadnął, po czym kopnął go w bok, a ślizgon zgiął się wpół czując, że teraz naprawdę zwymiotuje. — Mała już przestała być dla mnie atrakcyjna, nie ma mi już nic do zaoferowania. — Ciągnął, podchodząc do prawie omdlałej dziewczyny i przejechał dłonią po jej ramieniu. — Prawda, kruszynko?
Potter drgnął, unosząc wzrok do tej kanalii z nienawiścią i żądzą mordu. Jakim prawem śmiał się tak do niej zwracać?!
— Zabawiliśmy się już wystarczająco długo.  
Jakim prawem ją dotykał?!
— Pora się pożegnać...
— Powiem. — Augustus uśmiechnął się złowieszczo, patrząc fanatycznie na Astorię. Harry uniósł się na kolana i popatrzył w postać Śmierciożercy. — Powiem wszystko, co wiem, tylko daj jej już spokój —  szepnął załamanym głosem.
Zdradzi, zdradzi Zakon, zdradzi samego siebie i swoje zasady. Ale jest jej to winien. Porzucił ją, gdy go potrzebowała. Porzucił ją, kiedy w końcu mu zaufała. Porzucił ją, by zaspokoić swoje ambicje.
— Czyż śmierć nie jest wybawieniem od wszystkiego? — zapytał mężczyzna, nadal kucając przy ciele Ślizgonki. — Cierpienie za to wyzwala duszę od ciała, kiedy się kona... Czy nie tego chcesz? By przestała cierpieć?
— Błagam. Oszczędź ją.
— Rzadkie zjawisko słyszeć Pottera upokarzającego się w taki sposób. — Chwycił dziewczynę za ramię i szarpnął nią w górę, gdy wstał. Przy jego potężnej posturze, Astoria wydawała się być kukiełką. — Powiesz wszystko, tak?
Harry z trudem przytaknął.
— W zamian pragniesz tylko jej? — Rockwood wykrzywił paskudnie wargi w kpiący uśmiech, kiedy ten milczał. — Nie chcesz jej? — zagadnął z drapieżnym uśmiechem na ustach, patrząc na niego uważnie. — Twoje brudne ciało nie pożąda czarownicy czystej krwi?
Ślizgon drgnął.
— Dalej, Potter. Odpowiedz! Powiesz wszystko w zamian za co? Jej wolność?! — podniósł głos, był zirytowany. — O jaką wolność ci chodzi, skoro błagasz o to, by przeżyła? — warknął. — Patrz… Patrz! — podniósł głos, a kiedy chłopak na niego spojrzał Augustus, jakby z premedytacją puścił ją.  Ona ledwo co zdołała zakryć twarz dłońmi, by cudem nie uderzyć o marmur czaszką.
— To dziecko umrze na wolności. Wykończy się już teraz, jeśli ktoś dobrze jej nie opatrzy. — Wymierzył po raz kolejny różdżką w jej osobę. — Dam ci wybór.
Harry nadal patrzył na Story. Była przytomna, ale milczała. Nawet nie płakała. Tylko tak leżała… Poddała się. Potter nie mógł znieść tego widoku, ale jednocześnie nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Spoglądał na nią i wiedział, że to jego wina.
— Albo uwolnię ją od cierpienia tu i teraz, a ty "przypadkiem" uciekniesz i kiedyś przy okazji wyświadczysz mi przysługę.
Potter uniósł do niego wzrok, Rockwood patrzył na niego spokojnie, ale mówił całkowicie poważnie.
— Albo oddaję Ci ją, ale przez to musisz zdradzić wszystkich swoich druhów i własną ojczyznę. — Pochylił się leniwie i znów podniósł dziewczynę. — Rodzinę. Swoje zasady. W imię "wolności" — ironizował, po czym zmarszczył brwi. — Co wybierasz? — spytał.
Harry milczał. Przed oczami widział ciemne plamy. Wydawało mu się, że jeszcze chwila i zemdleje. Choć zdawał sobie również sprawę z tego, że jeśli to zrobi to i jego, i Story czeka pewna śmierć.
— Jeśli pozostaniesz bezstronny, zabiję waszą dwójkę. A przecież tak miłujesz życie, Harry. Szkoda by było takiego młodego, przystojnego chłopaka, nie sądzisz?
Czuł każdy element swojego ciała. Wszystko zwolniło. Nie wiedział co powiedzieć... Co powinien zrobić? Widział ją. Bardzo wyraźnie wykończoną, zmęczoną życiem. Jeśli ją wybierze, utraci wszystko to, na co tak długo pracował. Jeżeli jednak jej nie wybierze, co się wtedy stanie? Utraci jedną, jedyną osobę która nigdy go nie oceniała, którą już dawno porzucił i nie zamierzał nigdy do niej wracać. O której istnieniu często zapominał tak, jakby już dawno uznał ją za martwą.
— Tik, tak, tik, tak. Nie mamy całego dnia. Decyduj teraz. — Rockwood machnął dłonią na Dafne, która wymierzyła w Pottera różdżką. Wyglądała na przerażoną… Bała się! Harry widział to w jej dużych załzawionych oczach. Spoglądając w nie, uświadomił sobie, że to nie on jest w potrzasku, tylko właśnie dziewczyna.  
— Jak zwykle niezdecydowany.
Drgnął, słysząc to cicho wypowiedziane zdanie. Astoria po raz pierwszy coś powiedziała. Głos miała zachrypnięty i zmęczony, wydawał mu się nieco zaspany,  jak gdyby właśnie się przebudziła ze snu. Tak odległy od realności. Zapomniał już jak brzmiała... Zapomniał, że jej głos go uspokajał, że dawał ukojenie w bólu, że przecież ona walczyła z nim ramię w ramię przeciwko śmierciożercom. Podniosła się z trudem i na niego spojrzała, oczy miała puste i zimne, a twarz nie wyrażała emocji.
— Daj mnie zabić.
Znów poczuł łzy w oczach.  
— Zabij! — krzyknęła nagle a chłopak odsunął się nieco w tył, wytrzeszczając na nią oczy. — Nie każ mi już na siebie patrzeć! Nienawidzę cię!
Jego serce stanęło.
— To wszystko przez ciebie. — Jej głos znów zadrżał. — Nienawidzę cię — powtórzyła, patrząc mu prosto w oczy. — Chcę, żebyś umarł w męczarniach. Największych. Żebyś w końcu poczuł prawdziwy ból! — ryknęła, a kilka sekund później rozbłysło zielone światło.
Harry przebudził się ze łzami w oczach. Oddychał szybko i nierówno. Na plecach poczuł zimny pot. Dłonie mu drżały, a on był przerażony. Jeśli Voldemort chciał go przestraszyć, zrobił to świetnie. Nigdy w życiu się tak nie bał. Nigdy…
— Miałeś koszmar? — Głos miała czysty i dźwięczny, nieco zaspany, ale w przeciwieństwie do tego ze snu, ten był spokojny. Nie wyrażał cierpienia ani nienawiści.
Odwrócił wzrok do Astorii spoglądającej na niego ze zmartwieniem, choć nie do końca. Jej powieki jeszcze przez chwilę opadały ciężko, jakby chciała spać, ale dzielnie z tym walczyła, patrząc na niego.
Potter pogładził ręką jej rozczochrane we wszystkie rozczochrane strony ciemne pasma włosów po czym cicho westchnął .
— Wszystko jest dobrze. To był tylko głupi sen — oświadczył zachrypniętym głosem i zdobył się na lekki uśmiech. Choć nie był on sztuczny. Naprawdę cieszył się, że Greengrass jest przy nim. Cała i zdrowa.
— Nie umiesz kłamać, tak dobrze jak ci się zdaje — parsknęła i przewróciła się na plecy, patrząc w sufit, a na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. — Także, jeśli nie chcesz o tym mówić, po prostu przytaknij i skończymy temat. Nie jestem aż tak ciekawska.
— Nie o to chodzi.  — Znów  uśmiechnęła się do niego. — Po prostu… to trudny temat, a…
— Było tak miło — dokończyła za niego.
Potter cudem się nie zarumienił. Astoria miała rację. Po tym wszystkim co wydarzyło się wczorajszego wieczoru. Spędzili bardzo upojną noc. Szczerze mówiąc, Potter nigdy nie spodziewałby się, że wszystko potoczy się aż tak szybko. Zaczęli przecież od zwykłego chwytania się za ręce w akcie desperacji…
Chciała chyba tym powiedzieć, że będzie dobrze… ale Harry poczuł w tamtym momencie ścisk w żołądku, potem przysunął ją do siebie, potem pocałował, a potem… nie pamięta. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie wie jak właściwie trafili do dormitorium, nie pamięta, czy ktoś był w pokoju, kiedy się w nim zjawili, nawet nie wie, kiedy zdjął z niej ubrania! Wszystko było jak sen. Jeden wielki szalony sen. Po którym przychodzi kubeł zimnej wody…
W tym przypadku był nim koszmar, który Voldemort dla niego przyszykował. I nie chodziło tu o sen sprzed kilku minut.

***

— Ciekawy rozkład pomieszczeń — odezwał się powoli, patrząc po bibliotece. — Zwykłem gościć w domach, gdzie to biblioteka była w dolnej kondygnacji. Ta zaś jest na samym szczycie. Nieco to dziwne.
— Nigdy nie przykładałem do tego większej wagi — mruknął Syriusz, chwytając do dłoni jeszcze jeden z opasłych tomów egzorcystycznych, o które prosił Remus. Twierdził on, że bardzo prawdopodobnym będzie odnalezienie w nich przypadku Evana Rosiera.
— Z resztą, to tylko sterta pożółkłych stronic. Do niczego nie przydaje się w życiu.
— Cóż za ignorancja.
— Brzmisz zupełnie jak moja kuzynka. — Oświadczył Syriusz i spojrzał ze znudzeniem na Grindelwalda.  Ten wydawał się mu zdziwiony.
Zasadniczo Syriusz powinien nim gardzić. Powinien krzyczeć i pluć śliną w podłogę na jego widok. Powinien być wściekły tak jak reszta Zakonu, jednak on doskonale wiedział, co to znaczy być odrzuconym przez wszystkich. Syriusz niesłusznie został skazany na więzienie. Za to Grindelwald, zrobił wiele złego, ale jedna rzecz ich łączyła. Obrzydzenie do ludzi, którym bezgranicznie ufał, a oni go zawiedli.
Grindelwald polegał na Dumbledorze, którego miał za przyjaciela. Miał do niego pełne zaufanie i nadzieję, że wspólnie podbiją świat. Ten za to zdradził go, wrzucając do więzienia.
Za to Black, tak jak James i Remus, ufał Pettigrew, który sprowadził śmierć na Jamesa i falę nieszczęść na Syriusza  – od więzienia zaczynając, na utracie zaufania wśród innych kończąc.
I właśnie dlatego Syriusz zrezygnował ze złości do Gerrelta, bo to niczego nie zmieni.
— Narcyza to nadzwyczajna wiedźma czyż nie?
— Nie.
Syriusz zaprzeczył, smętnie chwytając stos ksiąg w ręce.
— Ona jest jedną z tych normalnych.
— Czyli wiesz o…
— Miałem okazję spotkać kilka Nadzwyczajnych.
Wyjaśnił i skierował się do wyjścia z pomieszczenia. Jednak Grindelwald nie skończył tej rozmowy. Zagrodził mu przejście i spojrzał na niego uważnie. Syriusz przekrzywił komicznie głowę, spoglądając na czarodzieja z dezorientacją.
— Co jednak nie zmienia faktu, iż wydaje mi się nieco mądrzejsza od reszty.
— Jesteś dla niej za stary — rzucił zimno mężczyzna, na co Grindelwald zaśmiał się perliście.
— Pociąg fizyczny, to coś czego w moim wieku już się nie odczuwa młodzieńcze. — Oświadczył z rozbawieniem mag.
Syriusz mu nie uwierzył, jednak nie to miało teraz znaczenie. Bardziej interesowało go dziwnego rodzaju zainteresowanie czarnoksiężnika Narcyzą.
Black zawrócił i odłożył książki na stół przy kominku, biorąc przy tym cichy wdech by poukładać sobie to wszystko w głowie.
— Dlaczego interesuje cię Narcyza?
— Interesuje to wyolbrzymione słowo. Po prostu nie wydaje się być odpowiednia do towarzystwa znajdującego się w składzie Zakonu.
Odpowiedział mu spokojnie i podszedł do niego, następnie siadając w fotelu przy kominku.
— Nie pasuje do tych sfer.
— To wie każdy — mruknął Syriusz. — Jednak nie jest to odpowiedź na moje pytanie.
— Oczywiście, że nie. Taka wypowiedź mogłaby zadowolić Pana Doge’a, który wczorajszego wieczoru zabłysnął swoją rzekomą inteligencją. — Zaakcentował ponurym i zawiedzionym głosem starszy czarodziej.
— Jednak komuś o nazwisku Black z całą pewnością nie.
— Daruj sobie te podchody, elokwentny język przyprawia mnie o mdłości — warknął Syriusz. — Mam coś do załatwienia, więc jeśli byłbyś w stanie się streścić, byłbym wdzięczny.
— Skąd taka wiedźma się tu znalazła?
— Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Grindelwald uśmiechnął się paskudnie i mruknął cicho: “Szkoda”, po czym skierował swoje złote oczy ku postaci Syriusza.
— Jej ideologia mnie zdziwiła. Stąd ta ciekawość jej postacią. W końcu nie często spotyka się osoby, które doceniają moją wizję świata.
— Mówił ci ktoś, że jesteś egoistą?
— Nie raz i nie dwa — zaśmiał się Grindelwald. — Jednak to teraz ty nie odpowiedziałeś na moje pytania, a grzeczność nakazuje…
— Nie jestem i nigdy nie byłem grzeczny — warknął Black i ponownie wziął książki. — Nie kręć się obok mojej kuzynki. Mimo wszystko to ja jestem gospodarzem w tym domu.
— Za co jestem ogromnie wdzięczny losowi.
— Mówiłem już. Daruj sobie — mruknął i znów skierował się ku wyjściu. Grindelwald zaczął go denerwować. Wysławiał się w podobny sposób do ludzi, z którymi mieszkał jako dziecko. Bardzo przypominał mu jego ojca.
— To nie demon tylko wspomnienie. — Black zatrzymał się gwałtownie. — Wasz problem, jak mniemam — Syriusz spojrzał na blondyna z szokiem, on za to posłał mu przyjemny uśmiech. — Nie powoduje go demon. Te książki nie pomogą. To czarna magia, w której wy nie jesteście obeznani.
— Skąd wiesz o tym… problemie?
Grindelwald znów uśmiechnął się w ten dziwaczny sposób. Pełen kpiny i pożałowania do postaci Blacka… Jakby to było oczywiste.
— Nie grzeb mi w myślach! — syknął wściekły. Za to Gellert wzruszył ramionami i skierował swoje spojrzenie na ogień palący się w kominku.
— Ciekawość kazała mi zerknąć — przyznał cicho. — Wybacz. Stary nawyk… Mogę pomóc.
— Nie zwykłem zadawać się z łgarzami.
— Czyżby? — Black zamilkł i odwrócił zły wzrok. — Problem będzie was dotykał częściej. Evan Rosier nie da o sobie zapomnieć. A twoja Kuzynka nie ma kogo poprosić o pomoc... Z resztą jest na to zbyt dumna — wyjaśnił i znów się uśmiechnął. — Oferuję pomoc.
— W zamian chcąc…
— Audiencji.
Syriusz zamrugał zdezorientowany. Nie bardzo rozumiał słowa czarnoksiężnika.
— Indywidualnej rzecz jasna. Mam do niej kilka pytań.
— Do kogo?
— Do Narcyzy Black. Tylko ktoś niewychowany spotyka się z taką czarownicą, bez wcześniejszego zawiadomienia…
— Czasy się zmieniły Grindelwald — przerwał mu Syriusz. — Teraz nie musisz nikogo prosić o audiencję u kobiety. Nie musisz mieć zgody ojca, brata czy innego męskiego członka rodziny na to, żeby porozmawiać z czarownicą na osobności… Poza tym, mieszka w tym domu, więc możesz z nią porozmawiać w każdej chwili bez jakiegokolwiek problemu.
— Maniery czarodziejów aż tak się zmieniły w ciągu tych lat?
Grindelwald wyglądał na wielce zszokowanego tą informacją i nie było to raczej zdziwienie pozytywne.
— Podejść do czarownicy czystej krwi od tak po prostu w dzień powszedni i zacząć konwersację bez nawet zapowiedzi… Czy ten świat zwariował?
— Nie. To ludzie zwariowali.
***

— Harry, mogę ci zająć chwilkę?
Potter odwrócił się do osoby, która się do niego odezwała i zamrugał ze zdziwieniem, widząc Ivana stojącego naprzeciwko niego. Harry, szczerze mówiąc nie spodziewał się spotkać Bathory’ego w takim miejscu jak północne skrzydło, gdzie odbywało się jedynie Zielarstwo. Uczniowie nie uczęszczający na te zajęcia nie mieli po co się tu pojawiać. Harry wiedział, że Ivan nie może mieć tu lekcji, ponieważ w tej chwili zajęcia z profesor Sprout miał rocznik Pottera. To oznaczało, że Bathory albo go śledził, albo zabłądził. Jednak drugą opcję szybko wykluczył. Po siedmiu latach w Hogwarcie nie mógł się zgubić
Harry usłyszał szelest, po czym przechylił głowę nieco w bok, i ujrzał grupkę dziewczyn czającą się nieopodal. Spoglądały na Krukona z zachwytem, wzdychając przy tym zupełnie jakby zobaczyły maleńkiego kotka. A Harry’emu nasunęła się trzecia myśl – Bathory chciał je zgubić.
— Pewnie. O co chodzi? — Znów spojrzał na starszego Krukona. — Coś się stało?
— Trochę dziwna sprawa.
Blondyn uśmiechnął się nieporadnie, a Potter zamrugał ze zdziwieniem. Jakoś takie zachowanie niezbyt pasowało mu do postaci Bathory’ego. Wyglądał na zbyt poważnego, by strzelać tego typu minami.
— Chciałem wypożyczyć u Pani Pince “Runy Starożytnego Egiptu”, jednak oznajmiła iż, ma je... — zamilkł na chwilę, jakby zastanawiając się nad imieniem osoby, która je posiada
— Ranger? Z Gryffindoru. Jest na twoim roku.
— Granger — poprawił go, a chłopak uśmiechnął się i pstryknął palcami, przytakując.
— Właśnie tak — oznajmił. — Wybacz, mam słabą pamięć do nazwisk.
— Nie przeszkadza mi to — odparł Potter i znów zwrócił uwagę na grupę dziewczyn. Były wśród nich Gryfonki
— Domyślam się, że chcesz tą książkę mieć już teraz.
— Tak byłoby najlepiej — oznajmił, poprawiając pasek od torby. — Wystarczy, że pokażesz mi, która to jest. Resztę załatwię sam.
— Pokazać mogę. Tyle, że będzie mały problem z komunikacją — odparł, znów spoglądając na zdziwionego Ivana. — Aktualnie nasz konflikt z Gryfonami jest na bardzo wysokim poziomie agresji, co chwilę mieszkańcy obu domów trafiają do skrzydła szpitalnego, za chociażby wymianę zdań między sobą na lekcji  — wyjaśnił, ukradkiem obserwując koleżankę Lawender. —  To, że tobie jak na razie nic nie mogą zrobić, bo jesteś Krukonem nie oznacza, iż nie idzie to w drugą stronę. — Skrzywił się lekko. —  Granger już miała kilka nieprzyjemności z powodu kontaktu chociażby ze mną... Byliśmy kiedyś przyjaciółmi —  dodał, a chłopak przytaknął na znak zrozumienia. Harry’emu wydawało się że uśmiech, który posyła w jego stronę Ivan, jest najzwyczajniej w świecie pełen sarkazmu. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Bathory zwyczajnie z niego kpi. —  Dlatego też musielibyście się spotkać w taki sposób, by ludzie sądzili, że jest ono zupełnie przypadkowe.
— Brzmi to tak dziwnie, że zwykłe spotkanie staje się nagle częścią jakiejś intrygi.
—  To nie ja wymyśliłem te zasady. — Wzruszył ramionami Potter. —  Na początek radzę pozbyć się ogona. —  Ivan obejrzał się za siebie, a dziewczyny spojrzały w innych kierunkach, jakby udając, że są tu całkiem przypadkiem. —  Granger ma często problemy z powodu tego, że rozmawia z atrakcyjnymi kolesiami.
—  To znaczy?
—  Serio? —  spojrzał na niego jak na kretyna. —  Koleś. Wyglądasz jak jakiś Bóg, do tego jesteś sławnym muzykiem. —  Wskazał na niego.  —  Te idiotki nie biegają za tobą bez powodu. —  Przewrócił oczami. —  Ech... słuchaj. Kiedy Wiktor Krum się obok niej pojawił, była nękana przez dziewczyny przez pół roku. Wiktor Krum to…
—  Słyszałem o tym ścigającym —  przerwał mu chłopak, a  Potter przytaknął i kontynuował.
—  Następny był McLaggen, jest na moim roku. Gryfon, szerokie bary, obrońca w drużynie Gryffindoru. Po jego zalotach, Granger miała problemy z kolejnymi zarozumiałymi jędzami. A jak na razie ostatni i najgorszy przypadek na jaki mogła trafić Hermiona, to rozmowa ze Ślizgonem, który jest aktualnie w czołówce "przystojniaków" szkoły.
—  Istnieje taka czołówka? —  zapytał chłopak, patrząc na niego dziwnie. —  I skąd o niej wiesz, jeśli można  wiedzieć?
—  Pansy Parkinson wraz z koleżankami opracowywały ją przez chyba tydzień, tuż przed świętami, co chwila przestawiając numery w pokoju wspólnym. Wszyscy to słyszeli. —  wzruszył ramionami Potter a chłopak znów przytaknął na znak zrozumienia. —  Wracając do tematu, sam fakt iż przeprowadziła rozmowę z gościem z czołówki jest dla nich jak sygnał do działania. A to że chłopak jest po pierwsze Ślizgonem i po drugie najbardziej nietolerancyjną osobą w szkole powoduje, że wiele osób się nad nią pastwi. Dlatego też unika miejsc gdzie, całkiem przypadkiem może chociażby na przerwie zderzyć się z jakimś chłopakiem, bo te za przeproszeniem pizdy, znów będą jej robić problemy.
—  Dziwny zwyczaj.
—  Żaden zwyczaj. To po prostu puste nastolatki. —  machnął ręką a chłopak przytaknął. Potter zastanowił się przez moment, po czym znów spojrzał na Bathory’ego —  Dziś piątek więc najbezpieczniej będzie po południu.Wtedy poza Hermioną nie ma w bibliotece prawie nikogo. Jeśli dobrze pamiętam, piątki spędzała zwykle na dziale astronomii. Mogę jej jakoś przekazać, żeby zabrała tę książkę razem ze sobą i przekazała ci ją  na miejscu.
— Byłbym wdzięczny.
— W takim razie bądź w o trzeciej przy dziale astronomii. Jednak najlepiej będzie, jeśli to ona tam przyjdzie pierwsza. Wtedy już nie będzie miała szansy nagle gdzieś zawrócić bez wzbudzania podejrzeń.
— Miło, że mnie uprzedziłeś — oznajmił chłopak. —  Dzięki, Harry.
— Spoko. — Ślizgon sądził, że Ivan odwróci się i odejdzie. W końcu powiedział już wszystko, to co miał do dodania, jednak chłopak wciąż stał w miejscu, przyglądając mu się uważniej. Pottera parzył ten wzrok – przeszywający na wskroś, dziwny i szalony – pod każdym możliwym aspektem. Był straszny. —  Coś jeszcze? —  Były Gryfon odwrócił wzrok, przez co nie dostrzegł krótkiego uśmiechu triumfu ze strony Krukona.
—  Pasuje ci ta odznaka Prefekta —  rzucił przyjaźnie, po czym odszedł. Potter westchnął i spojrzał w dół na złotą przypinkę tuż obok godła domu. I znów rozbolał go żołądek.
Jak to się właściwie stało? Jeszcze wczoraj wszystko było dobrze. Draco był z nimi, miał wyzdrowieć i nadal być prefektem. Pogodzić się z Hestią i uczyć się z nimi… Być kumplem dla Pottera jak w każdy zwykły szkolny dzień.
W momencie wszystko się zawaliło. Draco oślepł, opuścił szkołę i najprawdopodobniej nie wróci do kraju szybciej niż za kilka lat. Porzucił ich. Swoich przyjaciół, rodzinę, nie pogodził się z Hestią, a jedynie pokłócił przed odejściem. Pożegnali się, nie wyjaśniając sobie wszystkiego, a do tego nie będąc szczerymi wobec siebie. Za to po tych wydarzeniach ogłoszono, iż naukę skrócą o miesiąc. Co oznaczało że w tym roku kończą edukację w maju. Rodzice domagali się szybkiego powrotu dzieci do domów. Jednak do tego czasu dom Salazara potrzebował prefekta i tak jak mówił Snape – został nim Harry.
Czy lubił tą funkcję? Nie. Zdecydowanie nie. Bycie prefektem równało się z odpowiedzialnością. Miał za zadanie pilnować uczniów i dbać o ich bezpieczeństwo, upominać i karać szlabanami. Na domiar złego musiał chodzić na dyżury, które z tego wydawały mu się być właśnie najgorsze. Nie chodziło nawet o Parkinson, której buzia nie zamykała się nigdy. O nie. Chodziło o innych. A głównie o Weasleya, którego mimo wszystkich zarzutów – w szczególności spowodowania uszczerbku na zdrowiu jednego z uczniów – zupełnie nie pociągnięto do odpowiedzialności.. Jego szkolne życie zupełnie się nie zmieniło, a jeśli to możliwe, był w tej chwili bardziej lubiany niż kiedykolwiek!
— Jakoś ci nie spieszno na spacerek z Weasleyem. — Potter parsknął cicho i odwrócił wzrok do Touki, która stała teraz tuż obok niego. Mimo słów jakie wypowiedziała w czasie bitwy, Potter nie miał jej za tchórza uciekającego przed walką. Z resztą nawet nie śmiałby mieć o niej takiego zdania. Pokonała bardzo dużą liczbę Śmierciożerców, którzy stali na jej drodze. Udowodniła tym, że lepiej na nią uważać. U Pottera zaś wzbudziła podziw. W życiu nie widział tak silnej kobiety.
— Dziwisz mi się?
— Nie. — Wyprostowała się i posłała mu uśmiech. — To kretyn, przez którego wydarzyło się wiele złego. Cieszę się, że pan Malfoy tak szybko wystąpił z tą sprawą do Wizengamotu. Temu rudzielcowi należy się porządna nauczka.
— Lucjusz Malfoy, jeśli chce, potrafi załatwić naprawdę wszystko. Mam rację? — zapytał, powoli zaczynając iść w kierunku Dziedzińca Zachodniego, gdzie miał rozpocząć patrol z Wieprzlejem. Touka poszła razem z nim.
— Raczej tak. Jest osobą, której mimo wszystko, trudno odmówić.
— Mimo wszystko — powtórzył, zastanawiając się nad tymi słowami przez moment. — Chyba masz rację — stwierdził cicho. — To, że był w więzieniu i jego nazwisko nieco podupadło w towarzystwie, nie ma tak wielkiego znaczenia jak fakt, iż Malfoy jest jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w tym kraju.
— Umie się ustawić — odparła spokojnie, patrząc dumnie przed siebie. — Ma to we krwi — dodała. — Nie znam Malfoya, któremu w życiu by się nie powodziło. W każdym bądź razie nie politycznie. To mistrzowie w grze aktorskiej. Idealni do ról ważnych urzędników państwowych.
— Pewna osoba powiedziała mi kiedyś, że Malfoyowie to bardzo źli ludzie, bo wszyscy mają we krwi nienormalność. Każdy ma mroczne moce. — Kirishima zachichotała cicho.
— Osoba, czyli kto? — zagadnęła. — Wiesz. Niewielu jest takich, którzy są w stanie to powiedzieć, nawet mając co do tego niezbite dowody.
— Ich skrzat domowy — odparł a dziewczyna pokiwała lekko głową. — Bał się ich, choć sam nie wiem dlaczego tak bardzo. Przemoc wobec skrzatów to coś normalnego w czarodziejskich rodach. Mylę się?
— Masz rację — oświadczyła. — Cóż, te “mroczne moce” — powiedziała, rozglądając się uważnie po korytarzu — to nic innego jak moce Nadzwyczajnych — dokończyła i spojrzała na niego. Potter zamrugał zdezorientowany. Nie sądził, że to genetyczne. — Malfoyowie mają wiele powodów do dumy. Są od wieków czystokrwiści, ich ród jest sławnyi bogaty, pełen ważnych osobistości zapisanych na kartach historii. — Machnęła ręką, wymieniając innego rodzaju tytuły przypisane do rodu Draco. — Jednak to bujda, że to osoby nienawidzące mugoli i twierdzące, że trzeba ich wyplenić...
— Miałem inne wrażenie… Zmieniło się, kiedy Draco zaczął rozmawiać z Hermioną.
— W takim razie cię zdziwię. Chodzi im wyłącznie o zachowanie czystości krwi, tylko wtedy rodzą się wyjątkowi. — Potter zamrugał zszokowany, po czym przemknęły mu przez myśl nazwiska wszystkich Nadzwyczajnych jakich zna. Wszyscy byli czystej krwi poza Xavierem, ale elfy zaliczają się do zupełnie innego rodzaju magii. — Obawiają się, że jeśli ich dzieci, nie daj Boże, pokochałyby brudnokrwistego, wyjątkowość ich rodziny straciłaby na tym bardzo wiele.
— Ważny jest jedynie interes.
— Krzywdząca uwaga ale powiedzmy, że tak. Interes rodziny liczy się ponad wszystko. I Lucjusz Malfoy właśnie to pokazuje przez ten pozew — oświadczyła, przystając wraz z Harrym na dziedzińcu, gdzie nie było jeszcze nikogo. — Wygodniej byłoby zrobić to po cichu, żeby nikt się nie dowiedział, a on i Weasley jakoś się porozumieli…
Zamilkła na moment, a Potter wykrzywił komicznie brwi. Touka zabrzmiała teraz tak jakby Lucjusz Malfoy i Artur Weasley byli w stanie się normalnie i przyzwoicie dogadać, a przecież Potter widział na własne oczy sytuacje, w których ta dwójka okazywała do siebie szczerą niechęć jak i niewiadomego pochodzenia zirytowanie obu stron.
Dziewczyna jednak nie kontynuowała sprawy Artura Weasleya, kończąc swoją wypowiedź w nieco zagadkowy  sposób .
— Ojciec Draco robi to dla niego, ale też dla reszty swojej rodziny.
— Chyba nie rozumiem.
— Twierdzisz że to aktorzy. Może i masz rację. Ale mimo wszystko zależy im na instytucji, jaką jest rodzina. Im silniejsza więź, tym łatwiej się dogadać i iść na kompromis — wyjaśniła bardzo powoli, jakby zastanawiała się nad każdym słowem. — Draco od dawna nie chciał zmieniać szkoły. Mimo że Lucjusz załatwiał mu przeniesienia niezliczoną ilość razy.
— Malfoy chciał, by jego syn uczył się gdzieś indziej?
— Najlepiej w Durmstrangu, czemu Narcyza była przeciwna. Potter przypomniał sobie wspomnienie z czwartego roku w Hogwarcie – Draco powiedział wtedy Krumowi coś podobnego. — Jednak on nie chciał. Może to wina Hestii, może czegoś innego, ale nie dopuszczał do siebie tej myśli. Co dziwiło wszystkich.
— Chyba nie bardzo wiem, do czego dążysz. Zaczęłaś mówić o tym, że proces jest dobrą sprawą, teraz nagle przechodzisz na temat przenoszenia Draco do innej szkoły. — Harry zamilkł.
— Przez ten wypadek, Lucjusz miał wyśmienitą okazję by usunąć Draco na dłuższy czas nie tylko z Hogwartu ale i naszego kraju, który przecież już nie jest bezpieczny — powiedziała Touka spokojnie, to co Potter pomyślał – nie dosłownie rzecz jasna – ale bardzo podobna myśl przeszła mu przez głowę. — Draco wyjechał. I tak jak chciał jego ojciec, będzie z dala od tego kraju. Możesz uważać Pana Malfoya za zdradliwego, zimnego Śmierciożercę, ale jemu też zależy na rodzinie. Nie miał zamiaru wplątywać w to Draco. Taka była jego decyzja. — Odwróciła wzrok i podeszła do fontanny, siadając na skraju jej murku. — Proces za to zaświadczy o tym, że nazwisko Malfoy wciąż ma znaczenie. Z jednej strony mowa tu o tragedii jaka zdarzyła się Draco, z drugiej w grę wchodzi polityka. Obecny rząd nigdy w życiu nie dałby Lucjuszowi szansy na obrzucenie błotem Weasleya przed sądem. Ojciec Rona jest jednym z psów Dumbledore’a, do tego trzyma z Zakonem Feniksa. A nasz minister Magii wyznaje poglądy Dropsa. Za to, jako były auror, traktuje Śmierciożerców jak śmieci i zdrajców. W tej sytuacji nie będzie mógł nic zrobić. Wynik rozprawy jest przesądzony – wygra Lucjusz Malfoy.
— Jesteś chyba zbyt pewna swoich słów.
Touka prychnęła cicho, a Potter odwrócił wzrok w miejsce, gdzie spojrzała. Stał za nimi Weasley, był zbyt zadowolony jak na osobę, która za kilka tygodni ma iść na rozprawę, na której on będzie oskarżonym.
— Niespecjalnie — rzuciła Krukonka, spoglądając wyzywająco na rudzielca
On nie wyglądał na przerażonego. I mimo iż był tu sam, nawet odrobinę nie przypominał Potterowi Rona jakiego, kiedyś znał. Jego niezdarny, panicznie wystraszony kumpel, który czerwienił się na widok dziewczyn, nagle stał się chojrakiem, który w nosie ma reguły i poszanowanie innych, nawet kobiet. A jego barwa głosu zmieniła się na ironiczną i sarkastyczną.
“Co się z tobą stało, Ron?” spytał siebie w myślach Potter, spoglądając na byłego przyjaciela. Harry stał się Ślizgonem i ponoć “zmienił się”, ale to Ron stał się tym “złym”.
— Więc się mylisz. Malfoy nie wygra tej rozprawy. Jest tylko zatęchłym Śmierciożercą.
— Uważaj na słowa, Weasley. — Ron skierował swój wzrok na Harry’ego i wykrzywił ironicznie wargi.
— Powiedziałbym, że się tobą brzydzę Potter, ale to już wiesz — oświadczył zimno, a Harry spiorunował go wzrokiem. — Bronisz tego, który chciał cię oddać Sam-Wiesz-Komu. Naiwniak z ciebie. Te parszywe żmije wbiją ci jeszcze kły w kark. Bo ty zamiast je przekląć klątwą, chciałeś głaskać i oswoić. Ślizgonom nie można wierzyć. Śmierciożerców nie da się oswoić!
— Przestań pierdolić, bo mnie już uszy bolą — warknął Harry i ze skrzywieniem spojrzał na zegar. Była dwunasta. Zaczynali obchód. Prędzej się tu zabiją, niż wspólnie pójdzie gdzieś z tą Rudą kupą kłaków!

***

— Dziękuję, że mnie przenocowałeś.
— Daj spokój, oboje wiemy, jak drażniąca może być Flora.
Zabini zaśmiał się cicho i przełożył koszulę przez prawe ramię. Hestia natomiast skończyła czesać włosy i przygryzła lekko dolną wargę. Nie uszło to jego uwadze, widział wyraźnie, że Carrow jest czymś zmartwiona i był na dziewięćdziesiąt procent pewien, że powodem tego zmartwienia nie był Draco.
— Blaise, czy…
— Tak?
— Nieważne — powiedziała cicho i dotknęła łańcuszka na jej szyi.
— Zaczęłaś, to skończ.
— Uważasz, że Bathory jest niebezpieczny? — spytała, a Ślizgon zamrugał zdziwiony. Nie spodziewał się rozpoczęcia tematu tego Krukona. Z całą pewnością nie teraz.
Zapiął koszulę i oparł się o szafę, zastanawiając się przez chwilę nad odpowiedzią, osobiście nie widział w nim większego problemu. Mimo iż wiedział jak potężny jest Ivan, to jakoś nie zwykł widzieć w nim zagrożenia. Był potężny, ale nie obnosił się z tym praktycznie w ogóle.
— Nie — odpowiedział, a dziewczyna spłonęła rumieńcem, patrząc w jego oczy. — Nie jest kimś złym. Skąd to pytanie?
— Nie uwierzysz jak powiem, że to czysta ciekawość, mam rację? — spytała patrząc w swoje buty, parsknął i skinął w odpowiedz. Carrow westchnęła cicho. — Przed przyjściem do ciebie wróciłam do jego dormitorium. Nie wiedziałam gdzie się podziać. Czułam się zraniona. Oszukana. Przez wszystkich Ślizgonów, a w szczególności przez Draco…
— Rozumiem — przerwał jej, a ona skinęła. — Powiedział ci coś?
— Raczej zaproponował. — Blaise zamrugał zdziwiony. “Zaproponował?” przeszło mu przez myśl, po czym przed oczami rozegrały się setki scenariuszy, żaden z nich nie był trafny, jak i przyzwoity. — Powiedział, że mogę z nim zamieszkać jak tylko skończymy ten rok szkolny.
Zabini zamarł i podniósł do niej zszokowany wzrok. Ona tego nie zrobiła. Wyglądała uroczo, gdy tak się rumieniła, choć jednocześnie żałośnie, kiedy prawie płakała.
— Bathory chce z tobą mieszkać? — spytał powoli. — Po co? I skąd taka propozycja? Przecież wy praktycznie się nie znacie!
— Też mnie to zdziwiło, w końcu interesował się tylko i wyłącznie Florą. Mnie uważał… Uważa za głupią dziewczynę — poprawiła się szybko. — Nieco mnie to przeraża, choć nie wydawało mi się, że ma złe zamiary. — Znów odwróciła wzrok. — On mnie rozumie.
— I to cię przeraża?
Skinęła, nadal na niego nie spoglądając. Blaise westchnął cicho. Cóż, nie dziwił się jej – straciła bardzo wiele, z dnia na dzień jej życie stawało się coraz większym koszmarem. Jej ułożony świat zaczął się walić, a ona nie wiedziała jak powinna powstrzymać ten proces. Spadała, nie mając już nawet nadziei na ratunek. Bathory pojawił się na jej drodze niczym gałąź dębu, stabilna i duża, taka która utrzyma jej ciężar i odciąży od bólu. Da nadzieję na ucieczkę z tej przepaści… Tylko czy aby na pewno? Florze nie dał bezpieczeństwa. Porzucił ją w chwili, kiedy go potrzebowała, wyrzucił na dno, gdzie mimo wszystko znalazła bratnią duszę. Ale Hestia jej nie miała. Była tylko głupiutką nastolatką, która twierdzi, że świat jest do uratowania. Świat już dawno się skończył. A raczej ludzie sprawili, że to się stało. Zniszczyli go.
— Dałaś mu odpowiedź?
— Jeszcze nie.
— To dobrze. Musisz to poważnie przemyśleć
Hestia podniosła wzrok, Blaise w tej chwili pomyślał o Cassy, ona również patrzyła na ludzi w taki sposób. Jej wielkie ślepia były pełne nadziei i naiwnej wiary. Zupełnie inne niż oczy reszty Ślizgonek.


***

Ivan przystanął przy dziale astronomii, gdzie jeszcze nikogo nie było i westchnął cicho. "Spróbujmy inaczej" pomyślał, przechodząc do działu zielarstwa, które mieściło się zaraz naprzeciwko wcześniej wspomnianego sortu i spojrzał na pierwszą księgę, którą ujrzał. "Zioła i Zielska – czyli halucynogeny dla początkujących alchemików" – pisząc coś takiego setkę lat temu, pewnie nikt nie pomyślał o tym, że uczniowie będą sobie je przyrządzać dla relaksu — pomyślał, kartkując strony, a wszystkie słowa zapisał w głowie. Nie musiał tego czytać, po prostu pochłaniał całe strony i wiedział co jest w nich napisane. Odłożył książkę, wyjmując kolejną... Po piątej usłyszał ruch i spojrzał w kierunku stołu przy dziale astronomii, gdzie właśnie usiadła Gryfonka, której szukał. Rozpoznał ją po księdze starożytnych run, którą położyła na stole wraz z kilkoma innymi księgami. Przyjrzał się jej uważnie, aby zapamiętać jej sylwetkę w każdym szczególe by potem nie pomylić jej z nikim innym. Z jakiegoś powodu nazwisko Granger często mu umykało z głowy. Nie była nikim nadzwyczajnym, więc Bathory zwykł się nią nie przejmować
Ivan odłożył książkę i poprawił torbę na ramieniu, następnie podchodząc do jej stolika. "Po co te nerwy?" pomyślał, kiedy zacisnęła mocniej palce na książce, którą starała się przeczytać.
— Hermiona Granger? — drgnęła, podnosząc do niego swój wzrok pełen obaw i zmęczenia. — My się chyba jeszcze nie znamy, Ivan Bathory, siódmy rok. Ravenclaw — Wyjął do niej dłoń, a Hermiona niepewnie ją ujęła.
— Granger — powiedziała, potwierdzając jego domysły. — Hermiona. W czym mogę ci pomóc, Ivanie?
— Skierowano mnie do ciebie w sprawie “Księgi run egipskich” — powiedział, a Hermiona zamrugała zdziwiona. — Jeśli jednak pani Pince się myliła, bardzo cię przepraszam. — Ukłonił się lekko, a Granger lekko się zarumieniła. Przypominał jej w tej chwili Kruma, który za każdym razem traktował ją jak damę.
— Nie myliła — oznajmiła, wyjmując ze stosu księgę i podała mu ją. — Proszę. To księga której szukasz. — Chłopak spojrzał na okładkę książki. "Badziew" przeszło mu przez myśl, patrząc na nazwisko autorki owej księgi. Według historyków magii była jedną z największych oszustek w dziejach angielskich uczonych.
— Dziękuję. — Uśmiechnął się w jej kierunku, a Hermiona przytaknęła. — Jak ci się mam za to odwdzięczyć?
— Nie jestem Ślizgonką. Nie musisz czuć się zobowiązany, by odpłacać mi przysługi w jakikolwiek sposób— oznajmiła, a chłopak prawie się zaśmiał. Wysławiała się w podobny do Xaviera sposób – nie korzystała z języka potocznego.
— Ślizgoni to dziwna społeczność, czyż nie? — zagadnął, a Hermiona przytaknęła powoli i spojrzała gdzieś za jego ramię. Od również się obejrzał. — Och, bardzo przepraszam. Jeśli masz mieć problemy z mojego powodu to, chyba lepiej już pójdę. Jeszcze raz dziękuję za książkę…
— Możesz zostać — wypowiedziała słowa nieco za szybko i zbyt energicznie, niż chciała. Opuściła wzrok na książki. — Oczywiście jeśli chcesz — dodała ciszej. — Jest piątek. Nie przychodzi tu za wiele osób, a z całą pewnością nie spotka się tu tych, którzy są nieco przewrażliwieni na punkcie relacji między domami szkolnymi… No i jesteś Krukonem, więc nie powinno być problemu.
— Jesteś pewna? — spytał, a Hermiona przytaknęła. Uśmiechnął się przelotnie,  unosząc wzrok dopiero, kiedy obok niej usiadł. — Będzie mi w takim razie bardzo miło. Słyszałem, że jesteś jedną z najmądrzejszych dziewczyn w szkole.
— Aż dziw, iż usłyszałeś coś takiego — powiedziała cicho, a chłopak przekrzywił  głowę lekko w bok, a Hermiona  spojrzała na niego. — Jakoś nie jestem specjalnie lubiana w szkole. Ludzie nie mówią o mnie czegoś takiego otwarcie.
— Masz o sobie za niskie mniemanie.
— Niespecjalnie — odparła spokojnie i splotła palce u rąk, kładąc je na stole. — Zwykłam być głupią szlamą.
— To wulgaryzm.
— Przywykłam do niego. W końcu wszyscy tak mnie nazywają.
— Nie wydaje mi się, by Carrow tak mówiła o kimkolwiek. — powiedział cicho, a Granger uśmiechnęła się przelotnie.
— Chyba masz rację. Hestia jest inna — oznajmiła i spojrzała mu prosto w oczy
— Chyba nie rozumiem tego stwierdzenia — odparł i zerknął na jej dłonie – już nie zaciskała palców na brzegach książki. — Pod jakim aspektem jest “inna”?
— Gdyby wszyscy myśleli w taki sposób jak ona, świat byłby piękniejszy — westchnęła. — Po prostu inna. Tolerancyjna, uprzejma, zupełnie inna niż wszyscy wokół — oznajmiła. “Całkiem niezły początek Granger" przeszło mu przez myśl po czym uśmiechnął się do niej nieco nieporadnie.
— Miło, że w końcu znalazła kogoś kto myśli o niej pozytywnie.
W tej chwili Granger wyglądała na zdziwioną.
— Ludzie za nią nie przepadają. — przyznał. — Jest “zbyt święta” jak na Ślizgonkę. Jednak według mnie to nieco naiwne i nieporadne zachowanie ma swój urok.
— Chyba tak — przyznała, po czym zamilkła i znów odwróciła wzrok. — Ktoś cię przysłał?
— Nie mieszam się w konflikty między domami. Sami się wykończą i bez mojej pomocy — odparł, a Granger zarumieniła się lekko, czego nie zrozumiał, miała powód by tak reagować? — Podejrzliwa jesteś.
— Co cię więc tu sprowadziło? — zapytała po chwili ciszy. — Gdybyś chciał tylko książkę, po prostu byś ją zabrał i odszedł — dodała. — Wydaje mi się, że nie zacząłeś tematu Hestii bez przyczyny
— Bo tak jest — odpowiedział, a Gryfonka zamrugała zdziwiona. — Carrow mnie pasjonuje.
— Słucham? —  chłopak wzruszył delikatnie ramionami.
— Chciałem po prostu się czegoś o niej dowiedzieć. To chyba nic złego — odparł i spojrzał za siebie słysząc odgłosy zbliżających się osób. — Mogę zadać ci mało dyskretne pytanie?
— To znaczy?
— To znaczy, że  czas już na ciebie, Bathory.
Oboje drgnęli, po czym spojrzeli na Notta stojącego tuż przy wejściu do działu. Ivan dostrzegł jak Granger się spięła i diametralnie zbladła.
— Theodor — oznajmił, wstając i posłał mu radosny uśmiech, na widok którego Nott zmarszczył brwi, przez co Bathory przestał się uśmiechać. — Tak, w sumie masz rację. Dziękuję za książkę, Hermiono. — Uśmiechnął się do dziewczyny, która jedynie przytaknęła. Strach zawładnął nią do tego stopnia, że nie była w stanie się odezwać.
Ivan podniósł swoją torbę i skierował się do wyjścia z działu. Jednak zatrzymał się jeszcze przy Ślizgonie.
— Nie powie ci nic istotnego — powiedział cicho, a chłopak uśmiechnął się chłodno..
— Powie — odparł, a Krukon pokiwał głową i odszedł, pozostawiając Notta samego z Granger.  
Theodor patrzył przez moment na odchodzącego Ivana i dopiero, kiedy Krukon zniknął za drzwiami wyjściowymi biblioteki, zwrócił uwagę na Gryfonkę, która również  zaczęła się pakować. Jej dłonie drżały tak bardzo, że książki wypadły jej z rąk, kiedy wstała.
Patrzył na nią przez chwilę, po czym znów zwrócił uwagę na drzwi, a na końcu zrobił coś o co nigdy sam by siebie nigdy nie podejrzewał. Ukląkł i podał jej dwie książki, przez co spojrzała na niego z wyraźnym szokiem.
— Kiedyś miałaś bardziej burzliwy charakter — powiedział sucho i wstał, w tej samej chwili co ona, nadal będąc pod jej uważnym spojrzeniem. — Serio? — parsknął. — Tylko tyle? Gdzie twoje odzywki, Granger? Gdzie pyskowanie, oburzenie, chęć uderzenia faceta w twarz? — Ujrzał jak kąciki jej ust  mimowolnie lekko podniosły się w górę. — Stałaś się jeszcze większą nudziarą niż kiedyś. — Westchnął, opierając się o stół. — Naprawdę fakt, że Potter stał się Ślizgonem, tak cię zdruzgotał? — Nie odpowiedziała i nie popatrzyła mu w oczy. — Gdzie to bezczelne spojrzenie, którym zawsze obdarzałaś Draco, Granger? — Nadal nie uniosła wzroku. Zmarszczył brwi i uśmiechnął się chłodno. — Ja nie zasługuję na wzrok pełen pożałowania? — Milczała. Brunet skrzywił się lekko i westchnął. — Mam do ciebie sprawę. I nie ma to zupełnego związku z Bathorym tak jak i jego rozmową z tobą. — Drgnęła. — Nie mam zamiaru w jakikolwiek sposób się dowiadywać tego, co ten typ chciał wiedzieć o siostrze Flory. Nie zniżam się do takich prymitywnych zagrywek jak gnębienie dziewczyn, by coś osiągnąć. — Parsknęła a on również przelotnie się uśmiechnął, kiedy w końcu na niego spojrzała. — To jak? Schowasz tą różdżkę i porozmawiamy?
— Skąd ty…
— Nie upuściłaś książek, bo się mnie boisz. Chciałaś zyskać na czasie, by wyjąć różdżkę — odparł. — Dostrzegłem, to jak podawałem ci książki
— Nigdy bym nie pomyślała, że ty…
— Ja też nie, więc lepiej zachowaj to dla siebie — powiedział, a ona przytaknęła nieznacznie przez co przewrócił oczami. — Naprawdę, strasznie potulna się stałaś. A przecież Pansy tak cię broni — dodał jakby od niechcenia, a Granger znów spojrzała w dół. — To powód mojej wizyty.
— Chyba nie rozumiem.
— Aż dziw — oznajmił sarkastycznie, a ona strzeliła na palcach. — Parkinson, Mosby i Greengrass. Ta trójka ma swoją hipotezę na temat mojego zachowania, o której Pansy ci z resztą wspominała. Kazali ci się czegoś o mnie dowiedzieć, tak? Zdobyć zaufanie.
— Do czego dążysz?
— Wiesz o mnie, mam rację? — Zbladła. — Nie udawaj. Dobrze wiemy, że ty jako osoba tak blisko związana z Zakonem Feniksa łamiesz w tej chwili wszystkie zasady jakie tylko istnieją. — Spojrzał w jej oczy. — Więc chcę ci podziękować. Po tych ostatnich wydarzeniach, słowem się nie odezwałaś, że wiesz, iż uczniowie to również Śmierciożercy — powiedział i odwrócił się z zamiarem odejścia, ale  zatrzymała go słowami:
— Ty i Carrow z nimi walczyliście. — Hermiona zacisnęła dłonie na brzegach ksiąg i uniosła głowę. — Nie ocenia się książki po okładce — dodała ciszej. — Nie znam cię — oznajmiła z rezygnacją. — Ale to, że jesteś po ciemnej stronie, nie robi z ciebie nieczułego zwierzęcia.
— Pięknie to ujęłaś — przyznał powoli i odwrócił wzrok za siebie. — Nie spodziewałbym się nawet, że masz takie mniemanie o ludziach, których nawet nie znasz
— Każdy zasługuje na drugą szansę.
— Dla mnie nie każdy, dlatego mnie to dziwi.
Opuściła wzrok i mu skinęła na znak, że rozumie. Chłopak patrzył na nią przez chwilę po czym nieco się skrzywił.
— Pytałaś kiedyś, dlaczego tak nienawidzę mugolaków. — Spojrzała na niego z szokiem. — Zdradzę ci powód, o którym nigdy nikomu nie powiedziałem na głos. — Hermiona zastygła, kiedy się do niej odwrócił. — To co zrobisz z tą informacją to już twoja sprawa. — Po ciele Granger przebiegł dreszcz. — Ale ocaliłaś mnie przed więzieniem, więc jestem ci coś winien.
— To wcale nie tak…o
— Miałem kiedyś siostrę. — Spojrzał na biblioteczkę. — Z wyglądu bardzo mi ciebie przypominała… Przynajmniej tak mi się wydaje. — Serce Hermiony zabiło szybciej. — Była wzorową uczennicą Slytherinu. Ułożoną, grzeczną, cichą... Zupełnie jak ja — parsknął cicho. — Na jej drodze do kariery stanął pewien chłopak. — Zamilkł na chwilę. — Siostra zakochała się. W szlamie. — Oczy Hermiony zrobiły się wielkie. — Był w Zakonie Feniksa. A ona była córką śmierciożercy. Jak to się skończyło? — Spojrzał na nią i pokiwał głową. — Poprosiła go o pomoc w pewnej kwestii, ale on nie brał jej na poważnie. Powiedziała mu wszystko, co wiedziała, każdy najmniejszy sekret naszej rodziny. A on ją zranił. — Serce Granger stanęło na chwilę. — Upokorzył, zdradził i zostawił ze świadomością, że jest tylko nic nie wartą naiwną szmatą czystej krwii, która łudziła się, że ktoś taki jak ona, jest w stanie stać się kimś pozytywnym. — Hermiona spojrzała w podłogę. — Popełniła samobójstwo, a krótko po tym wymazałem sobie jej postać z umysłu, pozostawiając, poza tą opowieścią, tylko jedną myśl w głowie. — Popatrzył na nią. — Nigdy nie ufaj szlamom.
Hermiona uniosła energicznie głowę w jego kierunku, a łzy pojawiły się w jej oczach.
— Przez szlamę straciłem siostrę — prychnął jakby rozbawiony. — Nawet nie pamiętam jak miała na imię. Wiesz co to za uczucie?!
Drgnęła wystraszona. A on cofnął się o krok.
— Chciałaś wiedzieć, dlaczego nienawidzę mieszańców i mugolaków. Powiedziałem prawdę. Jesteśmy kwita.
— Nie każdy jest taki sam — szepnęła tak, że ledwie ją usłyszał, gdy już odchodził. — Nie każdy jest taki jak ten chłopak… Przykro mi z powodu twojej siostry, ale to nie oznacza, że wszystkie szlamy są tak samo podłe!
— Nie określaj siebie w ten sposób — westchnął, a Hermiona spojrzała na chłopaka zdezorientowana. Ten usiadł na krześle i chwycił się za głowę. — Co ja tu robię? — mruknął i spojrzał na swoje dłonie.
— Nie wiem — odparła zgodnie z prawdą. Najpierw pojawił się ten Krukon z chęcią wypytania jej o Hestię. Potem Nott, którego dręczył honor Ślizgona. Nie rozumiała ich czynów. Działali pod wpływem impulsu, czy może chcieli coś uzyskać? — Dręczy cię coś?
— Mam się tobie spowiadać? — prychnął, a ona zamilkła. — Tak. — westchnął cicho po długiej chwili ciszy. — Trochę przekombinowałem sprawę.
— Kłamałeś?
— Nie, mówiłem szczerą prawdę — oświadczył spokojnie. — Chciałem tylko odpłacić się za milczenie. Ale z jakiegoś powodu powiedzenie tego wszystkiego na głos mnie boli. — Granger posmutniała. — A nienawiść wzbiera na sile. Gdybym tylko mógł, udusiłbym cię tu i teraz… Jeżeli tylko byłabyś  kimś innym.
Hermiona zarumieniła się niekontrolowanie.
— Wiesz… chyba mam problem — westchnął.
— Nie rozumiem.
— To ja nie rozumiem — warknął nagle, zirytowany. — Dlaczego dałaś mi tę piekielną książkę? Dlaczego byłaś miła? Czemu się martwiłaś? Dlaczego nie powiedziałaś im o tym, że jestem Śmierciożercą?! Nie widzisz, czy nie chcesz widzieć tego, że cię nie zaakceptuje? — syknął. — To jest problem. Ty sama Granger. Tworzysz go samą swoją obecnością. — Strzelił na palcach.
Zapadła chwilowa cisza. Hermiona usiadła na krześle obok zupełnie zbita z tropu, nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Nie była w stanie poukładać sobie tego wszystkiego, co działo się, w tej chwili, w jej głowie. Czy była zła? Nie. Nie miała o co. Przeszkadzała wielu osobom. Była niewygodna, bo znów rozmawia z Potterem. Jest niepotrzebna, bo nie wyciąga od McLaggena informacji. Jest próżna, bo zachowuje ludzkie sekrety dla siebie. Jest wstrętna, bo jest mugolaczką. Lepiej byłoby, gdyby jej nie było, a przynajmniej nie tutaj – nie w świecie magii. Jej miejsce powinno być w świecie mugolskim, tyle że tam czuła się jeszcze gorzej.
— Nie rozmawiaj z Bathorym — powiedział nagle, a dziewczyna zmarszczyła brwi i na niego spojrzała. — Wiem, co mówię. Nie jest tym za kogo się podaje.
— Nikt nie jest tym na kogo wygląda.
— W końcu nie ocenia się książki po okładce — przyznał i na nią spojrzał.
Hermiona pierwsza odwróciła wzrok.
Chłopak wstał i wsunął krzesło za sobą, po czym wyszedł z biblioteki. Ale przed tym jak odszedł, usłyszała z jego ust krótkie słowa, które wyryły się w jej umyśle tak mocno, że była pewna, iż będzie je pamiętała do końca życia… Słowa wypowiedziane z ust Ślizgona. Słowa rasisty: “ Nie jesteś szlamą. Tylko czarownicą. “


Hejka! 
I oto pojawił się kolejny rozdział. Po 40 dodam może jakąś minaturkę... tylko nie wiem o kim, dlatego też proszę o pomoc w wyborze postaci, o której chcielibyście poczytać. Zapraszam do głosowania! 

Pochwalę się również, że tekst po raz pierwszy od bardzo dawna został zbetowany! Podziękowania ślę do Noelii Cotto, która zgodziła się zostać moją betą.

 Pozdrawiam Dorothy!