środa, 6 grudnia 2017

43. Spodziewaj się niespodziewanego



"Spodziewaj się niespodziewanego, bo niespodziewane prawie na pewno będzie się spodziewało ciebie." ~ Marjorie M. Liu


— Ej, Greengrass! List do ciebie! — Astoria otworzyła oczy i zamrugała zdziwiona, widząc Milicentę Bulstroode, która machała jej przed oczami kopertą. Zdziwił ją jej gest, ponieważ Milicenta jako jej współlokatorka nigdy nie informowała jej o listach. A tym bardziej nie odbierała listów, które miała jej przekazać.
— Od kogo? — zapytała głupio, patrząc na dziewczynę. Ta wypięła pierś do góry i roześmiała się ironicznie.
— Mnie się pytasz? Twoje ptaszysko zaatakowało mnie na dziedzińcu, nie dając się odpędzić, póki tego czegoś z niego nie zdjęłam. Cholera wie, z kim piszesz, ale powiedz mu, że ma nigdy więcej nie szczuć na mnie tego cholernego ptaka. To nie sowa. Może mi wydłubać oczy tymi szponami. — Machnęła dłońmi, choć nie wydawała  się być zła, bardziej zirytowana. — Muszę się teraz przebrać, bo do tego wszystkiego prawie mnie zafajdał łajnem — oświadczyła i skierowała się do łazienki. Astoria odprowadziła ją wzrokiem, po czym spojrzała na kopertę. Nie był to list od rodziców. Oni by się podpisali Per Pan i Pani Greengrass. Odwróciła ją do tyłu – nie było pieczęci ani podpisu. Zmarszczyła brwi i otworzyła kopertę i nagle usiadła, a z jej ust wydobył się cichy pisk, który formował się w słowa: Niemożliwe!

Astorio!
Nie będę mówiła Ci o tym, co sądzę o Twoim ostatnim liście! Przeraziłaś mnie na poważnie!
Sądzisz, że skoro mnie nie ma przy Tobie, to możesz już sobie myśleć o samobójstwie?!
Jestem wściekła jak nigdy! Serce mi krwawiło, gdy czytałam przekreślone zdania. Chciałam rzucić wszystko i do ciebie jechać…
Proszę, nie próbuj tych barbarzyńskich prób uśmiercania się.
Przecież obie dobrze wiemy, że śmierć i tak przyjdzie. Po co ją poganiać?
Wiem, co czujesz. Naprawdę…
Też się boję, ale to nic złego. Lęk jest czymś nikłym. Istnieje ponoć piękno, które przezwyciężyć może wszystko, gdy tylko się je dostrzeże w tych małych rzeczach oraz doceni życie. Bo naprawdę warto żyć. Powtarzałam Ci to zresztą setki razy.
Wiem, że Ci ciężko, ale próbuj. Staraj się. Przedwczesne poddanie się pokaże, że jesteś słaba i głupia, a Astoria jaką znam… znałam, jest kimś do naśladowania. Kimś kto nie boi się śmierci. Kimś kto niezależnie od konsekwencji osiąga to, co sobie zaplanowała.
Pamiętam o Tobie. Pisz, kiedy chcesz. Gdy tylko znajdę chwilę, odpiszę.
Wierzę w ciebie i mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.

Cassandra

***
Co można zrobić w dwadzieścia sekund? W sumie bardzo wiele. Można wziąć kilka łyków ulubionej kawy. Przeczytać dwa lub trzy zdania, jakiejś dobrej książki. Strzelić gola w Quidditchu sprawiając, że twoja drużyna wychodzi na prowadzenie. Naprawdę jest wiele opcji, co do wykorzystania tych kilkunastu sekund. W tym jedną z nich jest popełnienie samobójstwa… jak i powrócenie do życia.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech, wypluwając z ust krew i wodę na podłogę w łazience prefektów. Oddychała szybko, trzymając się za serce. To były najbardziej przerażające sekundy w jej życiu. Widziała ciemność, potem światło, zawirowania, w których mieszało się wiele rzeczy, których nie była w stanie zdefiniować, a na końcu otworzyła oczy i znów ujrzała błękit nieba w łazience prefektów, który chwilę później przysłoniła jej sylwetka chłopaka.
Był cały mokry, jakby ledwo co wyszedł z wody, a oczy miał wielkie niczym dwa spodki. Oddech szybszy i płytszy niż jej. Do tego cały blady i ubabrany od krwi. Wyglądał na kogoś kto przed momentem wyszedł jako ocalały z jakiejś bitwy…
— Idiotko! — Jednak jego głos jak zwykle był zły bez powodu. Patrzyła na niego przyparta do ziemi jego ciałem i nie potrafiła wykrztusić słowa. Jedyną myślą jaka zajmowała w tej chwili jej umysł, było pytanie: Skąd się tu właściwie wziął? — Zdajesz sobie sprawę z tego, co przed momentem zrobiłaś? — Poczuła, jak zacisnął palce na jej nadgarstkach, był to niepokojący ale… miły ból. Nie odpowiedziała. Zirytował się i pociągnął ją do siebie, siadając na mokrej ziemi. Wstrzymała oddech, gdy ją objął. W żołądku poczuła ciepło, które rozlało się w środku niej i sprawiło, że jej policzki stały się całe czerwone. —  Mówię do ciebie!
— Słyszę — wydukała, nie wiedząc, co powiedzieć. Głos miała dziwnie obcy i daleki. Jakby wypowiedział to ktoś inny. — Słyszę każde słowo — powtórzyła i teraz już bardziej zrozumiała to, co powiedziała, poznała siebie.
Chłopak był bardzo ciepły o co nie podejrzewałaby go nigdy. Zdawał się jej być oschłym i zimnym Ślizgonem. Zastanawiała się przez chwilę, co właściwie robi… siedzi tak wtulona w kogoś, kogo zupełnie nie zna. Po chwili uświadomiła sobie, że to nie jej wina. Musi to robić bo jest w takiej pozycji. To on nie chce jej puścić.
— Dobrze. To oznacza, że żyjesz — Odsunął ją od siebie i spojrzał w jej oczy. — Coś ty sobie myślała?
— A ty? — odpowiedziała cicho Hermiona . Nott drgnął i puścił ją, odwracając głowę w prawo. Było jej przykro, kiedy się odsunął, ale to nie ważne. Istotne jest coś innego. Mianowicie jego reakcja. Zawstydził się. On, Theodor Nott wyglądał na zażenowanego!
—  Głupia jesteś —  powiedział cicho. — To nie jest rozwiązanie… tylko ucieczka.
—  Na tym mi zależało —  odparła a on prychnął zły słysząc jej słowa. Granger popatrzyła na jego postać i prawie się uśmiechnęła. Wskoczył za nią do wody… Bez namysłu skoczył i ocalił przed śmiercią… Choć miała wrażenie, że…
Jej oczy powiększyły się, gdy spojrzała na naszyjnik, który w tej chwili połyskiwał w świetle słońca. Doskonale znała te złote obręcze otaczające klepsydrę*… Nie zdążył. Ona już była tą martwą… dlatego był przerażony. Zastał tu trupa.
— Przepraszam — powiedziała cicho, a poczucie winy znów ją otoczyło. Narobiła problemów kolejnej osobie, a pragnęła tylko zniknąć i się od tego odciąć. Nie chciała już być ciężarem dla innych.
— Nie masz za co. To był twój wybór… Przepraszam, że na siłę go zmieniłem. —  Rozchyliła usta w szoku. On… prawie płakał. Nagle przypomniała sobie to, co jej niedawno powiedział. Jego siostra popełniła samobójstwo... W tej chwili to ona zaczęła płakać. Nie rozumiała dlaczego, przecież tu nie chodziło o nią. Nagle poczuła się taka słaba i samotna. Czuła ból w sercu. Bo przez to, że się tu pojawił, widział po raz kolejny czyjąś śmierć… Nie mogła go winić za to, że cofnął się w czasie. Na jego miejscu zrobiłaby to samo, by chociaż móc ocalić jedną osobę. By jakoś zagłuszyć krzyk serca, które mimo lat wciąż krwawi za każdym razem, kiedy przypomina sobie to, iż bliska mu osoba zmarła, a on nic nie mógł zrobić.
— Nie szkodzi. Postąpiłabym podobnie. —  Nie odpowiedział. Spojrzał na naszyjnik i schował go pod koszulę. Zaczął się podnosić. —  Dziękuję. —  Nie popatrzył na nią, unosząc torbę z podłogi.
—  Zaczekam na korytarzu — powiedział cicho, a zanim zniknął za drzwiami dostrzegła, że jest suchy. Potem spojrzała na basen i coś ścisnęło jej serce.
—  Byłam martwa.
***


—  Martwisz się Hermioną?
—  Trochę —  przyznał Potter, wchodząc na schody wieży Ravenclawu. —  Dlaczego nie mówiłaś, że Weasley zrobił jej kolejna awanturę? Tym bardziej, że prawie ją… uderzył. Naprawdę był aż tak agresywny? —  Przytaknęła. —  O co poszło?
Nie wiem. Byłam po drugiej stronie dziedzińca, Tę scenę widziałam przez przypadekLongbottom ich rozdzielił. Granger cała zapłakana pobiegła w stronę wschodniej części zamku, za to Weasley z wściekłości pchnął na ścianę tego nieszczęśnika, a potem odszedł w przeciwnym kierunku.
—  Rzucił Nevillem?! —  Spojrzał na dziewczynę, wstrząśnięty tym co słyszy. Ona tylko przytaknęła.
— Chciałam tam iść, ale chwilę później zjawiła się przy nim jakaś Puchonka. Zresztą często ich razem widuję… to chyba jego dziewczyna.
Susan Bones— powiedział Potter i mimo wściekłości jaką w tej chwili odczuwał, uśmiechnął się lekko. Miło było wiedzieć, że Neville znalazł kogoś, kto się o niego troszczy. Był jedną z osób, która naprawdę zasługuje na to, by mieć kogoś odpowiedniego. — Nie wiem, czy są parą, ale kojarzę ją… Cholera, co ten Weasley wyrabia?
—  Musimy się pospieszyć. — Spojrzał na jej twarz. Brzmiała bardzo poważnie. —  To zaczyna być niebezpieczne.
Gdzieś z głębi pokoju wspólnego Krukonów usłyszeli podniesione głosy, co nie było normalne w tym domu… Krukoni nie marnowali czasu na rzeczy tak mało istotne jak kłótnie.

***
—  Nie sądziłam, że faktycznie zaczekasz.
—  Przecież powiedziałem — oświadczył i odszedł od ściany, podchodząc do niej. Jego oczy już nie błyszczały, były puste jak na co dzień.
Zazwyczaj poprzestajesz na mówieniu. — Zamrugał zdziwiony. — Nieważne —  powiedziała i ruszyła w kierunku schodów. Zrobił to samo.
Ironia, jeszcze kilka chwil temu popełniła samobójstwo, a teraz idzie sobie korytarzem,jakby  zupełnie nic się nie stało. Bo w sumie dla całej szkoły nic się nie stało, nikt nie był świadom tego, co wydarzyło się w łazience prefektów. Nikt poza nią i Nottem… który prefektem nie jest.
—  Właściwie… co tam robiłeś? Tylko prefekci mają prawo wstępu do tej łaźni.
—  Wszyscy, którzy znają hasło mają tam wstęp — poprawił ją. Gryfonka najpierw chciała mu odpyskować, ale porzuciła tą myśl i potulnie przytaknęła. Nie było powodu, by się wykłócać.
—  Więc mam szczęście. — Spojrzał na nią. — Odkąd tylko otworzyłam oczy, żałuję tego, co zrobiłam. Rozumiem swój błąd.
—  Nie rozumiesz.
— Właśnie, że tak! — Zatrzymała się i tupnęła nogą, a ten dźwięk rozniósł się po pustym korytarzu i głucho odbijał od ściany do ściany. Ślizgon również przystanął i zwrócił na nią uwagę. Był bardzo spokojny.
—  Skoro tak uważasz. — Czy on przyznał mi rację? pomyślała zdziwiona. Pokiwała głową i znów ruszyła przed siebie. Naprawdę dziwnie się czuła, kiedy szedł obok niej…
—  Po co to robisz?
—  Co?
—  Odprowadzasz mnie.
—  Idę w kierunku Wielkiej Sali na ucztę. To, że ty też tam idziesz, nie jest moją winą. — Prawie się zaśmiała. Cóż, nie powinna, ale jego słowa niesamowicie ją rozbawiły. —  Wiesz… Szkoda by było, gdybyś była martwa — powiedział, nie patrząc na nią. — McLaggen pewnie by dzień w dzień siedział przy twoim grobie i łkał jak stara wyjadaczka. —  Nie mogła powstrzymać się od cichego parsknięcia.
—  A mówią, że Ślizgoni nie posiadają poczucia humoru.
— Nie miało cię to rozbawić. Tak zapewne by było. W końcu lata za tobą jak ćma za ogniem. Jestem na dziewięćdziesiąt procent pewien, że byłby pierwszym z tych, którzy twierdziliby, że był twoim bliskim przyjacielem.
—  Mówisz o mnie w czasie przeszłym… Proszę, przestań.
—  Dlaczego? Skoro tak naprawdę cię tu nie powinno już być? — Zgarbiła się i spojrzała w podłogę, zaciskając usta w wolna linią. Po co mnie ratował skoro i tak zgrywa dupka?! syknęła wściekła w myślach. — Dobrze, że żyjesz. —  Drgnęła, on nadal na nią nie patrzył. — Wiele osób jeszcze zdołasz rozweselić swoją osobą, a przecież to przyjemne uczucie… Być potrzebnym. Może się mylę?
—  Nie… Masz rację.
—  Wolałbym, żebyś mi zaprzeczyła.
—  Dlaczego?
— Bo to potulne zachowanie zupełnie nie pasuje do Granger, którą kiedyś byłaś. Podporządkowując się, tracisz część tożsamości. A to coś cenniejszego niż jakiekolwiek klejnoty tego świata.
— Też się podporządkowujesz.
— Dlatego wiem co możesz stracić. — W końcu na nią spojrzał, a po ciele Gryfonki przebiegł miły dreszcz. Jego ciemne oczy wręcz hipnotyzowały ją. — Nie popełniaj błędów innych. Nie dowiesz się niczego nowego, a tylko stracisz czas, który ledwo co odzyskałaś.
— Jak mam się za to odwdzięczyć? — spytała, nie spuszczając z niego wzroku. — Mimo wszystko jesteś Ślizgonem, a oni zawsze chcą coś w zamian.
— Nie próbuj tego ponownie. To jedyna rzecz jakiej od ciebie oczekuję w zamian.
— Dlaczego ci zależy?
— Nie zależy. Po prostu dzięki temu wywiążesz się z umowy… W końcu Gryfoni cenią sobie honor, a ty mimo wszystko —  powtórzył jej słowa —  nim jesteś.
—  A tak naprawdę?
— To jest prawda Granger. Nie wymyślaj sobie hipotez na mój temat. Nie po to cię ocaliłem, byś teraz chodziła za mną jak ciele. — Granger zmarszczyła brwi. Cała magia chwili prysnęła. — Po co to zrobiłem? A ty co byś zrobiła gdybyś weszła do łazienki i zobaczyła trupa? — Teraz jego głos był zimny. Hermiona zgarbiła się i przygryzła dolną wargę, starając się nie rozpłakać. — Jesteś nieodpowiedzialna, mogłaś na mnie zrzucić wiele nieprzyjemności. W końcu byłbym pierwszy, który zostałby posądzony o współuczestnictwo w tym… czynie.
Zatrzymał się, zagradzając jej drogę i spojrzał na jej drobną postać. Zranił ją tymi słowami. Widział to.
— Podnieś głowę. — Zrobiła to, ociągając się. Było tak jak się spodziewał, jej oczy lśniły od łez. — Trzęsiesz się — stwierdził oczywistym tonem. Chwycił jej ramiona, a ona zamarła, nadal patrząc mu w oczy. — Nie możesz tak iść na ucztę. Odprowadzę cię do dormitorium.
—  Nie… Jest w porządku. Ja… Dam radę.
—  Weasley tam będzie. —  Jej warga niebezpiecznie zadrżała. Nott prawie uśmiechnął się w myślach. Trafił w dziesiątkę. — To wszystko ma związek z nim, prawda? Egocentryczny bezmózg. — Przez jej ciało przebiegł kolejny dreszcz. — Rozprawą nie musisz się przejmować. To nie była twoja wina. Draco cię o nic nie posądził. — Dodał już spokojnym tonem.
—  Powinien.
—  Nie powinien. Chciałaś pomóc. Naprawdę docenił to, że mimo niechęci jaką do niego żywisz, wstawiłaś się w jego obronie… Teraz chodź, bo stoimy na widoku. Jeszcze tego brakuje, żebyś znów miała nieprzyjemności z mojego powodu. —  Spojrzała na swoje ramię, które pociągnął, idąc w jeden z rzadziej uczęszczanych przez uczniów korytarzy. Trzymał ją mocno, ale nie brutalnie. Było w tym dotyku coś, co dawało jej ukojenie. Czuła, że nie ma się czego bać.
***

Astoria wyciągnęła spod łóżka pudełko i wysypała z niego setki kopert z listami w środku. Otwierała wszystkie, czytała każdą linijkę. Porównywała. Nie wierzyła. Nie umiała uwierzyć w to, co widzi. List… nie mógł być od Cassy. Ktoś odczytał list i jej odpisał. Dla żartu. Ale skoro był to żart… dlaczego tak się przejęła charakterem pisma?
— Co ty robisz? — mruknęła Milicenta, wychodząc z łazienki i zmarszczyła brwi. — Syfisz.
— Posprzątam — rzuciła jedynie młodsza dziewczyna i patrzyła na litery oraz słowa. W każdym Cassy ją wspierała i powtarzała dwa zdania ,,Jesteś piękną, utalentowaną wiedźmą. Poradzisz sobie.” W ostatnim liście tego nie było. Owszem, były sugestie, ale nie znalazło się w nim dokładnie to zdanie. I to był drugi powód, dla którego nie była w stanie uwierzyć, że list jest autentyczny. Mimo iż pismo było identyczne. Wiedziała, że ktoś mógł je podrobić. Istnieją klątwy, które zapewniają idealne podrobienie czyjegoś pisma. Jednak wciąż nie widziała w tym sensu. Gdyby to nie była Cassy… to czy przyjęłaby się jej życiem?
***

— Nie musiałeś mnie odprowadzać. Nawet nie powinieneś. Masz dziewczynę… To może narobić ci problemów.
—  U Flory? — parsknął. — Nie sądzę. Moja relacja z nią jest ponad plotki i resztę głupstw związanych ze zwykłym szkolnym ,,zakochaniem”. Poza tym wie, że nigdy bym nie próbował jej zdradzić. —  Granger rozchyliła delikatnie usta ze zdziwienia.
—  Powiedziałeś to tak swobodnie?
—  Co takiego?
— Że ją kochasz. — Skrzywił się lekko i przystanął przy obrazie Grubej Damy. Cóż… znów zabrzmiał tak jak wtedy, gdy był młody i zakochany po uszy w Tracy. Kiedy jeszcze był romantykiem i wierzył w ludzi. Kiedy był zwykłym szkolnym ,,zakochanym”. — Sądziłam, że jesteś raczej osobą, która… nie mówi tego publicznie.
—  Myśl tak dalej, bo to prawidłowe postrzeganie mojej osoby —  odparł i przyjrzał się jej. Wbrew własnej woli czuł się przy niej dziwnie uwięziony… Ściśnięty. Nie mógł rozmawiać z nią tak z resztą osób z jej domu. Nie mógł zachowywać się w swój naturalny sposób. Drażniło go to. —  Idź się przespać. Porozmawiam z Potterem, wyjaśnię mu, że…
—  Nie! —  podniosła głos, a Gruba Dama przebudziła się i zrobiła wielkie oczy, patrząc na uczniów.
—  Ślizgon? Tutaj!?
—  Nic nie mów Harry’emu. —  Hermiona nie zwróciła uwagi na wzburzone babsko na obrazie obok nich, które zwracało swoim wrzaskiem uwagę innych portretów znajdujących się w tej części zamku. —  Nikomu. Nie mogą wiedzieć.
—  Nie powinnaś siedzieć sama.
— Dlaczego cię to obchodzi?! — Nagle się zdenerwowała. — Powiedz! Czemu się przejmujesz? W co grasz? To irytujące.
— Nie tylko dla ciebie — syknął. Gryfonka zamilkła, patrząc na niegoz szokiem wymalowanym na twarzy. Chłopak westchnął i starał się uspokoić. — Nie powiem nikomu —  zamilkł i wziął wdech —  ale nie możesz siedzieć sama. Nie możesz się zadręczać.
—  Nott ja wiem, ale…
— Nie chcę słuchać wyjaśnień — warknął, a ona zamarła. Był zły. —  Pragnę, żebyś nie próbowała już tego robić… Masz dla kogo żyć, Granger. Może teraz tego nie widzisz, ale naprawdę jest dużo osób, którym na tobie zależy. Chociażby dla nich żyj… Skoro dla siebie już nie chcesz. Przynajmniej dla nich…
— Dobrze — wyszeptała i znów zadrżała po ciele. —  Umowa to umowa… Nie będę już próbować… Nie będę sama. Obiecuję, że postaram się żyć.
— To dobrze. — Odwrócił wzrok na obraz Grubej Damy, która patrzyła na nich z wielkimi oczami. Nagle stała się milcząca, a jej policzki były zaczerwienione, za to na jej pyzatej twarzy widniał uśmiech. Szeroki, od ucha do ucha…
Chłopak odchrząknął i znów spojrzał na Hermionę.
—  Jeśli byś… — zamilkł na chwilę, po czym wziął wdech i dokończył — to wiesz, gdzie mnie szukać.
—  W gnieździe węży.
—  Dokładnie —  odparł, odwrócił się i odszedł wolnym krokiem.
Hermiona podeszła do barierki i odprowadziła go wzrokiem, póki nie zniknął za jednym z przejść. Nie spojrzał na nią, ale ona czuła się jak wyciągnięta ze snu, w którym znalazła swojego księcia z bajki. Może w przeciwieństwie do opowieści, ten królewicz jej nie kochał, ale jednak był realny. I właśnie to sprawiało, że jej serce biło szybciej, a w umyśle pojawiła się myśl, że warto wierzyć w bajki… I jeszcze kiedyś czeka ich wszystkich szczęśliwe zakończenie.
***


— Profesorze, to jakaś pomyłka! — Jonathan Sisley, nieco cherlawy chłopak w okularach, który zwykł siedzieć za Harrym na lekcji Transmutacji, podniósł głos po raz kolejny i z wielkimi oczami spoglądał na Flitwicka, który wraz z profesor Sprout i dwoma aurorami właśnie zabierali Terry'ego Botta na przesłuchanie. — Terry!
— Spokojnie panie Sisley, przecież nic się nie dzieje — oświadczył Flitwick, jednak nie wyglądał na pewnego swoich słów. — Pan Boot po prostu musi porozmawiać o kilku rzeczach…
—  Gdzie oni go zabierają? Łapy przy sobie! —  warknęła Halsey Steven bardzo ładna brunetka o pełnych ustach, która odtrąciła rękę aurora, który próbował odsunąć ją z przejścia.
Harry z Touką stali właśnie przy nim, patrząc z szokiem na scenę rozgrywającą się w pokoju wspólnym Krukonów. W zasadzie, najspokojniejszą osoba na sali był Boot, którego aurorzy skuli jak jakiegoś przestępcę.
—  Co się tu dzieje? —  wyszeptał Potter, patrząc po wszystkich. —  Terry?
— Nie wiem, o co chodzi. Przysięgam Harry, niczego nie zrobiłem — oświadczył, ale przez krzyki Harry ledwo co go usłyszał.
—  To się okaże! —  syknął jeden z aurorów i szarpnął go za ramię, kierując się w stronę wyjścia z pokoju wspólnego. —  Zejdź z drogi, Potter. To się ciebie nie tyczy.
—  O co chodzi?
— Wynoś się! — Machnął różdżką, a Potter nagle poczuł, że się odsuwa. Nie był przygotowany na tak szybki atak, ale ktoś inny już tak. Touka stała w tym samym miejscu, co wcześniej, a w dłoni trzymała różdżkę. —  Powiedziałem…
—  Jakiś nisko postawiony aurorzyna – zdrobniła z ironią – nie ma prawa mi czegoś kazać. To wolny kraj. — Kirishima nie wyglądała nawet na przejętą słowami aurora. Nagle wiele osób zamilkło i spojrzało na dziewczynę z szokiem. Nawet Flitwick i Sprout. Ciemnowłosy auror wykrzywił się niemiłosiernie, a jego brzydka twarz stała się jeszcze szkaradniejsza. — Po co go zabieracie?
—  Taki rozkaz — oświadczyła aurorka o ciemnoblond włosach, a Potter dopiero teraz poznał w niej... Tonks. — Nie rób problemów, mała. Nic złego mu zrobić nie chcemy. Wezwali go na przesłuchanie w sprawie ataku Śmierciożerców na Hogwart i tyle.
— Że niby uczeń kogoś tu wpuścił? — prychnęła, a Nimfadora westchnęła. —  Naprawdę tak tłumaczycie swoje zaniedbanie w obowiązkach?
— Uważaj gówniaro, do kogo mówisz, bo…
— Jonson.
— Doskonale wiem, co mówię — powiedziała Touka i spojrzała na czarodzieja nazwanego Johnson — I raczej radziłabym panu uważać, do kogo się pan —  zaakcentowała chłodno — zwraca. Bo może mieć pan problem z prawnikiem, a nawet kilkoma.
—  Zastraszanie funkcjonariusza jest karalne…
— Johnson! — powtórzyła Tonks i podeszła do nich. — Hej, Harry — przywitała się cicho, a on jedynie skinął głową. — Wykonujemy polecenie nadane z góry —  powiedziała, tym razem do Krukonki. — Proszę, przesuń się, bo będziemy musieli użyć siły —  oświadczyła spokojnie, ale Kirishima ani myślała to zrobić.
— Touka, daj im przejść. — Dziewczyna jak i Krukoni popatrzyli na zgarbionego Terry'ego z wielkimi oczami, — Powiem, co wiem i wrócę. Naprawdę nic mi nie grozi.
—  Ale…
— Będzie dobrze. — Pottera bardzo zdziwiły te słowa. Terry mimo swojej żałosnej sytuacji posłał Touce uspokajający uśmiech. Krukonka odsunęła się, a aurorzy przeszli. Jednak Tonks pozostała przy nich.
— Dostaliśmy cynk, że chłopak kontaktował się w ostatnim czasie ze Śmierciożercami. Dlatego go zgarniamy — powiedziała szeptem i odeszła, za to Harry wraz z Kirishimą zamarli. Nie mogli w to uwierzyć.
—  Harry. —  Ślizgon drgnął i odwrócił wzrok. Luna wyglądała na naprawdę smutną… coś złego się działo. —  Jest pewna rzecz, o której jeszcze nikt nie wie.
—  Czekaj… porozmawiajmy gdzieś indziej —  stwierdziła Touka, po czym skierowała się do swojego pokoju. Luna z Potterem poszli za nią. Harry miał przeczucie, że to nie będą dobre wieści. Stan Lovegood mówił sam za siebie – jest bardzo źle.
***

—  Wyglądaliście razem uroczo. ― Nott odwrócił wzrok do Cormacka, który siedział na murku i patrzył na niego z błyskiem w oczach, ale nie był to błysk złości, raczej rozbawienia. —  A wydawało mi się, że zależy ci jedynie na Carrow.
— Bo tak jest — odparł Ślizgon, podchodząc do blondyna. Odpalił końcem różdżki papierosa, którego wcześniej zaoferował mu Gryfon. — Granger tylko pomaga mi w pewnej kwestii.
—  Ty i układy z mugolakami? Jakoś wierzyć mi się w to nie chce —  powiedział z uśmiechem. —  Daj spokój, Nott. Ile się już znamy? Wiesz, że nikomu nie wygadam.
—  Twój argument jest słaby. Nie mam powodu, by ci ufać —  mruknął i zaciągnął się papierosem.
— Może, ale wiesz, że nie masz powodu, by również tego nie robić. Poza tym obowiązki Malfoya spadły teraz na ciebie. Utrzymywanie szkoły w szachu to teraz twoja działka, więc chcąc nie chcąc, musisz ze mną współpracować.
— Nic mi nie wiadomo o przejęciu działki Draco — rzucił i oparł się o ścianę. —  Prefektem jest Potter, a reszta to już nie mój interes. Nigdy nie interesowała mnie władza…
—  Ale chaosu też nie lubisz, prawda? — Nott skrzywił się. McLaggen przypomniał mu dzisiejszą rozmowę z Touką. Obiecał pomóc… a ten gryfoński dupek mógł to ułatwić. — Więc? O co chodzi z Granger? Nie żeby coś, ale rzucacie się w oczy… Nawet Gruba Dama zamilkła, widząc was razem, a to niespotykany ewenement. Zaprzyjaźniliście się?
— Nie interesuje mnie Granger. Kirishima prosiła mnie o pomoc w wyciszeniu tego całego konfliktu. Draco zresztą też... Przed odejściem — dodał szybciej, niż zamierzał —  chciał się tym zająć. Granger może i nie ma wielkiego poparcia w domu, ale jest prefektem. Wielu rzeczy może wam zabronić


— Hermiona nie ma siły przebicia — odparł McLaggen i zaśmiał się. —  Trzeba było podbijać od razu do mnie. Choć jak mniemam o wiele lepiej rozmawia ci się z Hermioną. — Theodor miał wrażenie, że Cormack celowo powtarza imię Granger. W dodatku z taką swobodą jakby ta była mu naprawdę bliska. Ślizgon był wychowany na nieco innych zasadach, nie nazywał ludzi sobie obcych po imieniu. To kwestia dobrego wychowania. Zwracanie się o kimś lub do kogoś po imieniu od razu sygnalizuje, że znasz tą osobę bliżej. Więc z niewyjaśnionych mu przyczyn drażnił go fakt, że McLaggen w taki swobodny sposób wypowiada się o Gryfonce.
—  Ona przynajmniej nie insynuuje mi niedorzeczności —  odpowiedział Ślizgon i znów zaciągnął się, po czym wypuścił dym prosto w twarz Cormacka. Ten zakaszlał cicho i odgonił dymręką. —  I nie chce niczego w zamian za pomoc. Ty za to zawsze coś chcesz… więc gadaj, bo nie chce mi się na ciebie marnować czasu.
— Strasznie drażliwy się zrobiłeś, odkąd Malfoy zniknął — mruknął jakby obrażony McLaggen. — Cena zależy od usługi. Powiedz, czego konkretnie oczekujesz, a ja ci to w miarę możliwości udostępnię.
—  Poparcia wśród dzieciaków czystej krwii.
— To już masz. Zdziwiony, prawda? Przewidziałem kilka opcji. Wszystko jest przygotowane, daj znak i wszyscy zaczną działać. Tylko powiedz kiedy. — Theodor zmierzył go nieufnym spojrzeniem, po czym westchnął.
—  Ile przewidujesz ewentualnych “wypadków”?
— Niewiele. — Machnął lekceważąco ręką. — Bądź co bądź musi to wyglądać na przypadkowe urazy. Nauczyciele zaczęli węszyć, więc trzeba być ostrożnym. Tym bardziej ty musisz uważać, Nott. Może i nie wiedzą o nas, ale Śmierciożerców łatwo zdemaskować. Wystarczy jeden cynk i już po tobie. — Wskazał dłonią, w której trzymał papierosa, lewe ramię Ślizgona. — Kilka ,,stłuczeń” u mniej ważnych uczniów, jedna poważniejsza u Weasleya — kontynuował poprzedni temat. — Nawet jeśli nauczyciele będą się czepiać, to odczytają to jako zemstę za Malfoya i nie będą mogli nic na to poradzić, a winnych nie znajdą. Bo przecież nikt nie uwierzy w to, że współdomownicy go obili.
—  Rudzielca biorę na siebie.
—  Chyba sobie kpisz —  parsknął. — Będą wiedzieć, że to ty — ostrzegł go poważnym tonem. —  Nie warto ryzykować. Malfoy raczej wolałby cię w to nie wplątywać.
— Nie chodzi tylko o Draco — powiedział chłodno, a Cormack spojrzał w kierunku schodów, skąd widział obraz Grubej Damy. — Wieprz zalazł mi za skórę. On i cała jego parszywa rodzina. Nie obawiam się konsekwencji. Nic mi nie zrobią, nawet jeśli zobaczą znak. Jestem od niego wyżej w społeczeństwie. O wiele wyżej.
—  Dobrze, że zdajesz sobie sprawę ze swojej pozycji. — Ślizgon pokiwał głową i spojrzał w okno, biorąc dwa szybkie ruchy. — Wiem, że to zemsta za Malfoya i twojego ojca... Ale ciekawi mnie… Czy za Granger też? — Nott mu nie odpowiedział. — Nie mówiliście wcale tak cicho. Coś jest na rzeczy… — Zauważył ostrożnie. Wiedział, że w rozmowach z Nottem nie wolno przekroczyć pewnej granicy, bo można nieźle oberwać. — O czym masz nie mówić?
—  Nie twój interes.


— Owszem, mój, bo mam ci pomóc go wrzucić do skrzydła szpitalnego, tak by go rodzona matka nie poznała. Więc? — Brunet spojrzał na niego z ukosa, po czym pokiwał głową, gasząc peta na ścianie.
— Powiedzmy, że mnie wkurwił i tyle. Niezależnie od tego czy Granger to szlama, czy Bóg wie co. Są granice… A on ich nie widzi. Chcę, by poznał konsekwencje swojej ślepoty. To wszystko.
— Faktycznie przegina. Dziś ją prawie pobił. — Chłopak spojrzał zszokowany na McLaggena. — W sumie dlatego cię zaczepiłem. Chciałem o tym pogadać.
— To znaczy? — Cormack dosłyszał się zniecierpliwienia w głowie Theodora, a było to raczej rzadkie zjawisko. Gdyby nie fakt, że sprawa była rzeczywiście poważna. Pewnie jeszcze chwilę by się z nim podroczył.
— Granger  poszła dziś do Weasleya razem z Longbottomem — wyjaśnił, rozglądając się po korytarzu, na którym chwilowo nie znajdowali się inni uczniowie. — Była niesamowicie wściekła. Najwyraźniej zna powody, dla których rudzielec zaatakował Draco, aż tak brutalnie… Nakrzyczała na niego. On coś wrzeszczał, jak ma to w zwyczaju, potem zaczęli się kłócić i gdyby tylko Longbottom im nie przerwał to uderzenie trafiło by ją prosto w twarz… Przynajmniej tak mówił mi Dony — dodał od razu, by uniknąć ewentualnych pretensji ze strony Ślizgona. On tylko przekazywał to, czego się dowiedział. I wolał by Nott od razu wiedział, że jest tylko powiernikiem informacji, a nie świadkiem wydarzenia.
— Bydle — syknął chłopak. Gryfon uśmiechnął się lekko, ale przemilczał tę kwestię, spoglądając w sufit. Nott stawał się coraz bardziej zaaprobowany postacią Granger… I to właśnie tak bardzo go bawiło. — Co jeszcze wiesz?
— Niewiele — rzucił sucho. — Chciałem się tego dowiedzieć od Granger, ale nie potrafiłem jej nigdzie znaleźć… A kiedy w końcu rzuciła mi się w oczy, ty z nią byłeś. Myślałem, że ci powiedziała. W końcu to tyczy się twojego przyjaciela.
— Nie rozmawialiśmy o tym —  odparł ciszej Ślizgon. —  Słowem nie odezwała się, że coś wie… Zresztą… To nie był odpowiedni moment na tego typu rozmowy, więc nie mogę jej winić.
— Zauważyłem, że mówisz o niej w bardzo ostrożny sposób. To do ciebie niepodobne. Nawet rozmawiając ze mną o Carrow, nigdy nie starałeś się być tak… dyskretny —  powiedział i spojrzał mu w oczy. —  Stało się coś złego?
— Tak — odparł tylko i odwrócił wzrok, patrząc w sufit. — Stało się coś bardzo złego. I przysięgam na moją krew, że kiedyś zabiję tą rudą kupę futra najgorszą z klątw jaka istnieje. Tak, by zrozumiał czym jest prawdziwy ból. —  Cormack nie powiedział nic. Wierzył mu na słowo. Siedział chwilę w ciszy, po czym powiedział słowa, na które reakcja była natychmiastowa.
— Weasley jest w zachodnim skrzydle w klasie transmutacji. Dony i reszta moich kumpli czekają na korytarzu na mój sygnał do działania… Ale jeśli wolisz to załatwić sam, nie będą ci przeszkadzać.
— Co chcesz w zamian?
— Pewność, że długo zostanie w Skrzydle Szpitalnym.
— Tego możesz być pewien — to były ostatnie słowa jakie wypowiedział do niego. Nott po tych słowach zniknął z hukiem z korytarza. Cormack nie żałował tej decyzji. Wiedział, że postąpił słusznie. A jeśli oberwie mu się za to u C.O.D.E to trudno. Jest gotów na trochę poświęcenia.  
***


— Carrow! — Flora zatrzymała się i odwróciła do Snape'a, który wyszedł za nią z biblioteki i podszedł do niej. —  Widziałaś Notta?
—  Jakieś dwie godziny temu. Mówił, że musi załatwić kilka spraw.
— A czy zachowywał się jakoś… inaczej? — Flora wyczuła w pytaniu Snape'a pewną ostrożność. Mimo swojego suchego i zirytowanego tonu głosu, dosłyszała się również czegoś na kształt obawy.
—  Nie, profesorze —  oświadczyła, patrząc uważnie na Nietoperza. — Czy coś się stało?
— Owszem —  przyznał powoli i rozejrzał się po korytarzu, gdzieś w oddali pojawili się uczniowie Gryffindoru. —  Jesteś z nim najbliżej, odkąd Malfoy opuścił szkołę, zgadza się?
— Tak sądzę. — Znów przytaknęła. Severus zastanowił się przez chwilę, po czym powiedział cicho i spokojnie, co zupełnie nie pasowało do opiekuna Slytherinu.
— Kiedy go spotkasz, przyjdź z nim do mojego gabinetu. To poważna i delikatna sprawa, wolałbym, żeby nie był sam w chwili, kiedy przekażę mu tę informację ani tym bardziej po tym. Mimo wszystko jest bardzo impulsywnym czarodziejem, a kłopoty są ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje.
— Czy to ma związek z jego rodziną? — zapytała wprost. Snape milczał wymownie.


— Tak —  powiedział w końcu, po czym wyminął ją i odszedł. Flora poczuła dreszcze na plecach. Przeczuwała już to, co Severus powie Theodorowi. A serce jej się krajało na samą myśl o tym, co stało się z ojcem Notta.








HO! HO! HO!
Hej <3 Chcę podziękować mojemu Świętemu Mikołajowi Noelli Cotto , która poprawiła ten tekst jak i wam, za wierne śledzenie losów Pottera i reszty jego ekipy. Piszcie śmiało co sądzicie o tym jak i wszystkich rozdziałach!
Pozdrawiam
Dorothy

PS. Rozpoczynamy kolejną licytację postaci. Zasady już znacie.
Postać z największą ilością głosów, będzie bohaterem bądź bohaterką kolejnego rozdziału objaśniającego, który możliwe że ukaże się 24.12 o północy :*