czwartek, 24 sierpnia 2017

40. Być szczęśliwym...

"Sekretem zdrowia, zarówno umysłu, jak i ciała, nie jest opłakiwanie przeszłości ani zamartwianie się przyszłością, lecz mądre życie w chwili obecnej." ~ Budda.


Harry przystanął przy brzegu jeziora, biorąc głęboki wdech świeżego, chłodnego powietrza. W końcu miał chwilę spokoju, by pomyśleć. Czas tylko dla siebie i swoich problemów, a było go niewiele.
Pierwszym, najbardziej bolącym Pottera w sercu był Syriusz. Harry nie potrafił pojąć, dlaczego Black nie dał mu znaku życia. Chłopak tak się bał, martwił i opłakiwał go! Za to ten korzystał sobie z wolności i życia. Hulaj dusza piekła nie ma!
Ślizgon chwycił do ręki kamień i wściekły cisnął nim w spokojną taflę jeziora, która po otrzymanym ciosie, pofalowała lekko w miejscu, gdzie spadł kamień. Czuł się oszukany, wściekły i zraniony. Black żył. Żył! I nie chciał go spotkać. Może go nienawidził? Stwierdził, że jeśli zerwie z nim kontakt, będzie naprawdę wolny od przeszłości?
— Syriusz by tak nie postąpił — syknął cicho do siebie. — Nie zrobiłby tego… Nie jest taki — szepnął do siebie, po czym znów zebrała się w nim wściekłość. — Nie jest?! — prychnął sam do siebie. — Nie masz pojęcia, kim jest. Nie znasz go! — Kolejny kamień zderzył się z wodą. — Nigdy nie miałeś okazji by tak naprawdę go poznać — szepnął i zatrząsł się. Wiedział doskonale, że nie powinien tak emocjonalnie reagować. Nie mógł. Voldemort tylko czekał na to by go złamać. A wtedy Harry przegra.
Były Gryfon przykucnął, trzymając się za głowę i wziął po raz kolejny głęboki wdech, starając się zająć głowę czymś innym. Jednak jego myśli nie skierowały się wcale na bezpieczniejszy temat. Pomyślał o Dumbledorze.
“Albus dobrze się tobą zajmie?” powtórzył w myślach słowa Grindelwalda.
— Co to w ogóle miało znaczyć? — zapytał siebie cicho i zaczął myśleć. Żaden Ślizgon nie ufał Dropsowi. Nikt się go nie słuchał. Drwili z dyrektora, obrzucali oszczerstwami, nazywali łgarzem, kłamcą i manipulantem. Coraz częściej słyszał tego typu epitety dotyczące Albusa i przejmował się tym jeszcze bardziej. Skąd mieli takie przypuszczenia? Czy mieli powody by tak twierdzić? Czy widzieli coś, czego Harry zwyczajnie nie chciał dostrzec?
— Dumbledore to stary głupiec — nieświadomie powtórzył słowa Voldemorta, które wypowiedział do niego Tom Riddle na drugim roku, w Komnacie Tajemnic. — Ingeruje w sprawy, które dotyczą mnie… Jednak co robi dla innych? — Potter przypomniał sobie Milicentę Bulstrode, która trafiła do mugolskiego sierocińca, po tym jak jej ojca skazano na dożywocie w Azkabanie za Śmierciożerstwo. Dumbledore nie zrobił dla niej nic. Za to gdy Harry stracił wujostwo, natychmiast znalazł mu osobę, która zadba o jego bezpieczeństwo.
— Niby z jakiej racji ona jest gorsza ode mnie? — powiedział, smętnie patrząc na swoje odbicie w wodzie. — Dlaczego nie poszukał jej domu? Nie znalazł dalekiej rodziny… kogokolwiek!
Uderzył rękami o wodę, po czym umył twarz. Znów się zdenerwował. Musiał ochłonąć. I zmienić kierunek myśli… Nie mógł być zły. Nie mógł dać Voldemortowi satysfakcji, nie kontrolując się. Nie mógł…
— Harry.
Potter zastygł, słysząc dziewczęcy głos tuż obok siebie. W jednym momencie chciał wstać i odejść. Chciał uciec. Prawie tutaj płakał, nie mógł pokazać tego dziewczynie. Był Harrym Potterem! Nie, był Ślizgonem,  mężczyzną nie jakąś ciotą!
Była jednak szybsza. Zanim zdążył zrobić cokolwiek, poczuł jak ktoś od tyłu, otula go ramionami. Czuł się dziwnie. Kobieta przytulała go w taki sposób, jakby była matką, która chce odebrać od niego całe zło, wściekłość i irytację. Jakby chciała ukoić jego ból.
— Długo tu stałaś? — szepnął cicho. Nie miał siły by mówić czy krzyczeć. Był zmęczony.
— Przyszłam chwilę po tobie. Zatrzymałam się, kiedy zacząłeś krzyczeć o Syriuszu.
— Rozumiem… Wybacz. Tylko zrobiłem z siebie idiotę.
— Nie masz za co przepraszać. Wściekłość musi znaleźć ujście.
Potter uśmiechnął się przelotnie. Sądził, że tego uczucia pozbył się wczoraj, kiedy to razem z Astorią… Ale to była bujda. Żal i złość zawsze idą w parze. Nie można ich oddzielić. Musiał z nimi walczyć lub pogodzić się z czynnikami je wywołującymi. Wtedy dopiero będzie mógł żyć w sposób, jakiego zawsze pragnął. Choć nie wiedział, czy to w ogóle jest możliwe. W końcu był Wybrańcem, jego życie nigdy nie było i nie jest spokojne. I jeśli się nie myli, w najbliższej przyszłości również takie nie będzie.
— Chciałam porozmawiać, jednak odłożę tą rozmowę na później. Potrzebowałeś być sam. Wybacz, że ci przeszkodziłam.
— Daj spokój. — Zirytował się, a dziewczyna zamilkła na chwilę. Jednak nie trwało to długo, ponieważ przytuliła go mocniej. Była tak blisko, że Potter doskonale czuł jej zapach kawy i wanilii . — O co chodzi?
Uścisk początkowo zelżał, a po chwili Harry już zupełnie nie czuł jej dotyku. Podniósł się z trawy i odwrócił w kierunku dziewczyny w granatowej sukience, która patrzyła na niego ze zmartwieniem.
— Chciałam zapytać, czy wybierzesz się ze mną do Hogsmeade — rzuciła cicho.
Harry chwilowo stał cicho, zastanawiając się nad tym, co właściwie do niego powiedziała. Z jakiegoś powodu widział tylko jej usta, zupełnie ignorując słowa przez nią wypowiedziane. Dopiero kiedy zaczęła mówić o piątku, wolnym i whisky, skojarzył fakty i domyślił się jej pierwszych słów.
— Ale jeśli nie masz nastroju to w porządku. Pójdę sama.
— Takim tekstem nie stawiasz mnie w lepszej sytuacji.
Touka zaśmiała się cicho i skinęła głową na znak zrozumienia. Założyła pasmo włosów za ucho. Przez umysł Pottera przeszła myśl, że wolał, gdy miała je ścięte krócej.
— Też racja — przyznała i posłała mu uprzejmy uśmiech. — W takim razie zapraszam cię na kawę, a później już zostawię cię z samym sobą. Co ty na to? — zaproponowała.
Harry nie potrafił jej odmówić.


***
Krew: czysta. Pochodzenie: szlachetne. Majątek: wielki. Popularność: wysoka. Wszystko czego potrzeba by godnie żyć w świecie czarodziejów to te cztery rzeczy. Nie ma znaczenia to, jak okropną jesteś osobą, nieważne są niezliczone grzechy, które popełniłeś. Istotne jest tylko to, jakim widzą cię inni, spoglądając na twoją postać. Wyłącznie to.
Artur Weasley nigdy nie osądzał ludzi jak większość magów – w sposób pusty i próżny. Umiał dostrzec ludzkie wady, ale i piękno ukryte głęboko w środku. Był dobrym człowiekiem i na równie przyzwoitych wychowywał swoje dzieci. A przynajmniej tak mu się wydawało, do czasu…
— Będziemy tak siedzieć?
Artur drgnął, spoglądając na rozmówcę z dezorientacją. Zamyślił się, przez co zupełnie zapomniał o tym, po co tu się zjawił i dlaczego tak się upokarzał.
— Wybacz… Zaciąłem się jak płyta w DVD — spróbował zażartować, jednak nie przyniosło to pożądanego skutku. Jego rozmówca wyglądał na bardziej zirytowanego niżeli rozbawionego.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz, z czego doskonale zdajesz sobie sprawę.
Artur uśmiechnął się lekko do siebie, ale nie z satysfakcji, lecz z pewnego rodzaju nostalgii. Odczuwał smutek spowodowany faktem, iż czarodzieje są takimi ignorantami, jeśli chodzi o mugoli i ich niesamowite wynalazki.
— Przejdź do rzeczy, bo nie ukrywam, że mam jeszcze kilka spraw do załatwienia i to o wiele ciekawszych niż rozmowa z twoją osobą, Weasley.
— Doskonale wiesz, po co chciałem się spotkać. — Artur spojrzał na czarodzieja, który prychnął chłodno. — Nie wystarcza ci, że upokarzam się samym przyjściem do ciebie?
— Nie — odparł oschle Lucjusz, patrząc na Artura. — W żadnym wypadku mi to nie wystarcza. Wrzuciłeś mnie za kratki, Weasley. Za takie rzeczy zadośćuczynienie krzywd nie ma limitu.
— Nie chodzi o ciebie! — Były Gryfon podniósł się z miejsca, patrząc na niego wyzywająco. Cóż, sam się sobie dziwił, że aż tak długo wytrzymał, siedząc spokojnie. — Zasłużyłeś na więzienie! Chciałeś zabić te dzieci! Zabić również moje dzieci!
— Nie przesadzasz?
— Przyszedłem z własnej woli — powiedział powoli, nieco się uspokajając. Lucjusz odrobinę go opanował swoim pytaniem Był nad wyraz odporny na obelgi, które skierował w jego stronę Artur.
— Chcę załatwić tę sprawę ugodowo. Bez przedstawień typu Wizengamot, zbędnego rozgłosu czy nasyłania na mnie i moją rodzinę psychiatrów.
— Zbędnego? — powtórzył blondyn. Artur spojrzał na podłogę i westchnął z rezygnacją. W sumie czego mógł się spodziewać po Lucjuszu? Że się dogadają? Od lat nie byli w stanie się porozumieć w żadnej kwestii. Od ukończenia Hogwartu, nie mogli znaleźć tematu do rozmowy bez obelg i wyzwisk. — Czy ty siebie słyszysz?
— Robisz wielką aferę a przecież…
— Mój syn stracił wzrok! — Malfoy również podniósł się z miejsca i popatrzył na Weasleya jak na wyjątkowo plugawe stworzenie. Artur nie zareagował na to w ogóle, Lucjusz od dawna patrzył na niego tylko w taki sposób. —To według ciebie nic?
— Tego nie powiedziałem.
— Daruj sobie.
Rudowłosy wziął wdech i wydech, opanował się, po czym uniósł wzrok na rozmówcę. Malfoy nie patrzył na niego, teraz przechadzając się po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Był to pokój niewielkich rozmiarów, utrzymany w ciemnych barwach. Znajdował się w jednym z lokali na Nokturnie. W tym miejscu czarodzieje załatwiali swoje ciemne sprawy z dala od publiki. Właśnie tutaj został podpisany traktat nielegalnego handlowania eliksirami pomiędzy czarodziejami a goblinami, jak i dekret o eksporcie bezużytecznych skrzatów domowych do Chin…
— Chcę się dogadać.
— Dogadać? Nie. Ty chcesz, żebym zamiótł pod dywan brudy twojej rodziny. Żeby tak jak zwykle wszystko uszło ci na sucho, a ty i twoi bliscy wciąż wydawali się idealną rodziną, która jest miła i tolerancyjna. Chcesz udawać świętego, Arturze.
— Nie o to chodzi.
— W takim razie o co? — warknął Malfoy. — Twój syn zaatakował mojego w sposób niehumanitarny, brutalny i dziki. Pobił go wraz z kolegami, co skończyło się pozbawieniem go wzroku. Sądzisz, że nic się nie stało, bo przecież wystarczy jedna operacja i problem rozwiąże się sam. Twierdzisz, że to błahostka, bo przecież mnie na to stać. Ale pomyśl o tym, jakbyś zareagował, gdyby na jego miejscu było twoje dziecko.
Artur znów opuścił wzrok. Wiedział doskonale, jak Malfoy potrafi owinąć sobie ludzi wokół palca, wzbudzając w nich poczucie winy. Robił to świetnie i Weasley o tym wiedział. W końcu właśnie tak się teraz czuł… Po ostatnim zdaniu czuł ucisk w sercu.
— Ty i twoja rodzina wyrządziliście mojej już wystarczająco dużo krzywdy. — powiedział zimno zanim rudowłosy zdążył otworzyć usta. — I tak, słyszałem o rewizjach podczas mojej nieobecności. — Weasley zgarbił się. — Nie wystarczał Ci fakt, że wpakowałeś mnie do więzienia? Chciałeś pogrążyć również Draco i Narcyzę? Udowodnić, że przecież wszyscy noszący moje nazwisko to źli ludzie?
— To nie tak…
— Wyglądasz żałośnie. — Artur drgnął i uniósł wzrok ku Lucjuszowi. Ten również na niego patrzył. — Gwarantuję ci,  że będziesz wyglądał o wiele gorzej, jak z tobą skończę — syknął, po czym odwrócił się i skierował do wyjścia.
Artur nie wiedział, co go opętało. Nagle poczuł wzbierającą się w nim wściekłość i panikę. Strach nim zawładnął. Nie mógł pozwolić na obrzucanie go błotem. Musiał powiedzieć to, czego Malfoy od niego oczekiwał od tak dawna. Musiał się przemóc!
— Nie jesteś złym człowiekiem! — krzyknął, a Malfoy zatrzymał się gwałtownie. — Przepraszam — dodał ciszej. — Za wszystko to, co zrobiłem. Przepraszam, za to, że przez moją głupotę zmarnowałem ci życie. Naprawdę mi przykro.
— Dobrze, że sobie to uświadomiłeś.
Po tym zdaniu wyszedł, pozostawiając Artura roztrzęsionego i załamanego. Był pewny, że Lucjusz zrujnuje go do reszty.


***
— Słyszałam, że nocowałaś u Harry’ego. — Astoria spłonęła rumieńcem, spoglądając na Maxa z szokiem. On zaśmiał się cicho i posłał jej pełen życzliwości uśmiech. — Jak było?
— Jesteś ordynarny!
— Przecież nie pytam, czy uprawialiście seks, tylko jak się spało — parsknął. Ona za to stała się jeszcze bardziej różowa. — Ale skoro już o tym mowa to…
— Max! — syknęła. Ślizgon znów się zaśmiał i poczochrał ją po włosach, po czym z zadowoleniem spojrzał przed siebie. — W sumie to… chyba był tylko seks bez zobowiązań.
— Słucham? — spytał i zamrugał zdziwiony, widząc jej smutny wyraz twarzy. — Sądzisz, że Harry tak podle by postąpił, żeby tylko cię wykorzystać i zostawić? — Wzruszyła ramionami, przez co spochmurniał. — Naprawdę go o to posądzasz — westchnął i zastanowił się przez chwilę. — Nie był delikatny?
— Nie o to chodzi — westchnęła. — Po prostu zachowuje się normalnie jak gdyby nigdy nic… Rano wydawał się być nieco zagubiony, a teraz... — Wypuściła ze świstem powietrze. — Nie wiem co myśleć. Wyobrażałam sobie to nieco inaczej.
— To ten smutny moment, kiedy rzeczywistość zabija marzenie o księciu z bajki.
Astoria i Max odskoczyli wystraszeni, nagle słysząc za sobą głos.
Zabini zaśmiał się cicho, po czym popatrzył na nich z rozbawieniem. Towarzyszyła mu Hestia, która patrzyła na Greengrass z szokiem ale i uśmiechem zrozumienia.
— Story dorasta? Chyba się wzruszę — zaśmiał się. Zawstydzona brunetka opuściła  wzrok. — Może w końcu przestaniesz zachowywać się jak mała, przemądrzała dziewczynka — dodał kąśliwie, a Greengrass jedynie prychnęła. — Chyba jednak nie. Naprawdę trzeba by chyba cudu, żebyś nieco spoważniała. — Przewrócił oczami. Spojrzał na Hestię, która lekko się rumieniąc, patrzyła w podłogę. — Carrow, twoja kolej.
— To było niegrzeczne — mruknął Max, kiedy dziewczyna poszła przed siebie. Gdy tylko zniknęła za rogiem, rozległ się dźwięk biegu. Blaise wzruszył ramionami, wkładając dłonie do kieszeni.
— Draco zrobił z niej świętoszkę, która nawet nie wie jak się porządnie całować. — Zirytował się. Mosby i Greengrass wymienili między sobą spojrzenia. - Jak można być takim ignorantem, by traktować swoją dziewczynę jak młodszą siostrę? Malfoy to kretyn!
***
Harry odstawił kawę na blat stołu i westchnął cicho.
Kawiarnia którą odwiedzili, nie była taka jak reszta lokali w Hogsmeade. Było w niej cicho i spokojnie, z dala od tłumu i krzyku uczniów Hogwartu. Bez ścisku, zapachu potu i chaosu.
Gdy tylko przekroczyli jej próg, Potter poczuł spokój i zapach kawy, który tak bardzo przypominał mu Toukę.
Dziewczyna pasowała do tego miejsca – zacisznego i pięknego w swojej prostocie. Lokal który z początku zdawał się być miejscem dla bogatych snobów, w środku zupełnie się różnił. Był on staroświecki, jednak bez przesady, posiadał wiele nowoczesnych dodatków, łącząc tym styl stary z nowym, bez kiczowatości. Dlatego też tak bardzo kojarzył mu się z Kirishimą, która jest idealnym przykładem na to, że nie ocenia się książki po okładce.
— Mogę zadać ci niedyskretne pytanie? — zapytał. Touka uśmiechnęła się lekko i skinęła mu głową na znak przyzwolenia. — Kiedy po raz pierwszy, no wiesz, uprawiałaś seks, to jak zachowywaliście się wobec siebie z Xavierem następnego dnia? Była jakaś inność w waszej codziennej relacji?
— Faktycznie, to niezbyt taktowne pytanie — przyznała, nieco się przy tym rumieniąc. — Mam chęć zapytać po co ci ta informacja, jednak nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć... — Machnęła dłonią, a Potter zaśmiał się cicho.
Kirishima milczała przez chwilę, najwyraźniej zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie. Nic dziwnego. Harry zadał jej pytanie o dawne czasy. Sam byłby zdziwiony, gdyby odpowiedziała mu na nie z marszu.
— Nie wydaje mi się, żebyśmy traktowali się inaczej — oświadczyła w końcu. — Xavier zresztą zdziwiłby mnie, gdyby się zachował w jakiś inny sposób niż zwykle. Jest elfem, żyje o wiele dłużej ode mnie, więc byłam przygotowana na to, iż nie będzie brał tego za cokolwiek nadzwyczajnego niż za normalną czynność.
— Rozumiem. — Skinął głową. Touka przyjrzała mu się i uśmiechnęła. Jednak kiedy tylko uniósł do niej głowę, opuściła wzrok na kubek z kawą. — Bawię cię?
— W żadnym wypadku. Twierdzę, że to urocze, iż martwisz się reakcją dziewczyny, z którą spałeś.
Potter zarumienił się lekko z zażenowania. Zdawał sobie sprawę z tego, że Story odbierała wiele rzeczy za bardzo dosłownie. Nie chciał jej ranić, ale nie chciał również dawać jej nadziei. Nie teraz kiedy zbliża się niebezpieczeństwo. Nie w momencie, gdy stała się dla niego tak ważna.
— Ale nie bierz moich słów zbyt dosłownie. Ludzie są różni, może akurat ona czegoś oczekuje?
— Tego się właśnie obawiam.
Kirishima zaśmiała się lekko i znów na niego popatrzyła, a jej oczy zabłysły rozbawieniem. Oparła łokcie o stół, następnie kładąc na dłoniach podbródek i posłała mu uśmiech.
— Szczęściara z niej — zaczęła cicho. — Jestem pewna, że gdyby tylko tu była, to doceniłaby fakt, iż tak się martwisz, tym jak ona się może czuć. Nie chcesz zrobić z niej byle jakiej panienki na jedną noc. Należy jej się szacunek.  
— Nie chcę stracić zaufania, kogoś na kim mi zależy.
— To bardzo dobrze. — Znów się uśmiechnęła. — Jesteś dobrą osobą, Harry.
— Często w to wątpię.
— Jesteś — powtórzyła pewnie. — Tylko nieco inaczej pojmujesz świat. Dobro i zło nie są dla ciebie oczywiste. Musisz poważnie zastanawiać się nad wyborami by dokonywać dobrych. To naprawdę piękna maniera.
— Przypomniałaś mi teraz osobę, którą kiedyś znałem — zaczął powoli. — Nie z wyglądu, a słów. Powiedziała mi coś podobnego, kiedy naprawdę traciłem nadzieję na bycie normalnym.
— Co się z nią stało? — Wzruszył ramionami.
— Sam nie wiem. Wyprowadziła się. — Touka zamrugała zdziwiona. Potter westchnął cicho i napił się kawy, a gdy odłożył kubek na blat stołu, zaczął wyjaśniać. — Gdy jeszcze chodziłem do mugolskiej szkoły i nie miałem pojęcia o tym, że jestem czarodziejem, miałem jedną koleżankę — powiedział cicho. — Tak jak ja nie była zbytnio lubiana w klasie. Choć z zupełnie innych powodów. Ja byłem chudym dzieciakiem, na którym zwykli wyżywać się silniejsi chłopcy, ona za to była pojmowana za szkolną wariatkę z nadwagą. — Uśmiechnął się lekko, przypominając sobie ciemnowłosą dziewczynkę w cospleyowskim stroju czarodziejki z Księżyca… Wyglądała paskudnie w krótkiej spódniczce. — Z racji tego że reszta nas nie znosiła, znaleźliśmy wspólne tematy. Była bardzo sympatyczną osobą choć przez to, iż oglądała i czytała za dużo japońskich bajek, stała się nieco szurnięta. Widziała wszędzie bohaterów z anime i mang, a wypowiadała się jak postać z filmu.
— Przepraszam, że ci przerwę, ale nie mam pojęcia co to takiego anime i filmy — powiedziała Touka. Harry prawie uderzył się z otwartej dłoni w głowę. Znów zapomniał, że czarodzieje mało wiedzą o mugolskim świecie, a tym bardziej czystokrwiści magowie.
— Po prostu lubiła japońską kulturę — oświadczył, chcąc uprościć sprawę. Kirishima skinęła głową na znak, iż rozumie. — W każdym bądź razie, gdy pewnego razu chłopaki sprawili mi niezłe lanie, a ja sądziłem, że pójdę i rzucę się z mostu, bo nie nadaję się do tego świata… zatrzymała mnie. I powiedziała słowa tak bardzo podobne do twoich, że wcale nie jestem dziwakiem. Tylko inaczej odbieram rzeczywistość… Wtedy naprawdę w to wierzyłem. I jak widać miała rację. Zawsze nieco inaczej patrzyłem na świat.
Harry drgnął, uświadamiając sobie to, co przed momentem powiedział. Zaśmiał się sam do siebie, nieco nieporadnie i przejechał zdenerwowanym ruchem po włosach.
— Wybacz, zacząłem przynudzać.
— Nie przeszkadza mi to — zaśmiała się. — W sumie bardzo miło mi było wysłuchać historii, o tym jaki byłeś w przeszłości. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałabym, że byłeś dręczony.
— Nie mówię o tym komu popadnie.
— A jednak powiedziałeś mi. I to bez żadnego problemu.
— Też mi się zwierzyłaś — odparł, ponownie wymigując się od odpowiedzi. Azjatka westchnęła i mruknęła cicho: “Co racja, to racja”, po czym znów wróciła do tematu.
— Mówiłeś, że ta dziewczyna się wyprowadziła. To znaczy, że już później nie utrzymywałeś z nią żadnego kontaktu?
— To było lata temu. A my nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. — Wzruszył ramionami. — Tylko hmm… sojusznikami? Tak. To chyba odpowiednie słowo. Trzymaliśmy się razem, bo reszta nas odrzuciła.
— Szukaliście po prostu kogoś, kto rozumie, co czujecie.
— Tak. Chyba tak. — Pokiwał głową na potwierdzenie jej słów. — Przez to szkoła nie wydawała się, aż tak paskudna jak była, gdy nie trzymaliśmy się razem. To miłe uczucie, mieć z kim porozmawiać gdy wszyscy inni cię odrzucą.
— Rozumiem. — Posłała mu uśmiech. — Nigdy nie myślałeś co u niej słychać?
— Nie często mam czas by myśleć o przeszłości. Moja głowa jest zbyt wypełniona problemami dnia dzisiejszego żeby jeszcze zajmować się dawnymi czasami… Zresztą widziałaś – nie radzę sobie.
— Szkoda — mruknęła powoli i wzięłą łyk kawy. — Chciałabym ją kiedyś spotkać.
— Ty? —  zdziwił się Potter. — Po co?
— Bo była pierwszą, która zawarła z tobą sojusz. Musi być wyjątkowa.
Potter zarumienił się, widząc jej spojrzenie i odwrócił wzrok, ona tego nie zrobiła, nadal na niego patrząc w ten dziwny sposób. Ni to rozbawienie, ni szczęście.


***
Ivan przystanął po środku łazienki prefektów i uśmiechnął się blado. Przeczucie go nie zawiodło.
Przeszedł przez pomieszczenie i przykucnął przy brzegu basenu pełnego fioletowej wody, z której wydobywał się lekko fiołkowy zapach. Nie przepadał za tym kolorem, ale zapach fiołków był jednym z jego ulubionych.
— Nie wejdziesz? — spytał i spojrzał na dziewczynę siedzącą tak jak on przy brzegu wanny. Była ubrana w szkolne szaty. Nawet nie zdjęła butów. Po prostu przyglądała się wodzie wlewającej się do basenu.
— Nie po to tu przyszłam.
— Jaki jest inny cel wchodzenia do łaźni?
Zaśmiał się. Carrow również lekko się uśmiechnęła.
— Po co przyszedłeś? — spytała zamiast odpowiedzieć na jego pytanie.
— Widziałem, jak tu wbiegłaś. Miałem zamiar pooglądać sobie nagą dziewczynę.
— Bardzo zabawne.
— Prawda? — Zaśmiała się, słysząc jego komiczny ton. Jakby sam był zdziwiony swoim stwierdzeniem. — Nie udawaj smętnej Carrow. To cię oszpeca. — dodał po chwili namysłu. Dziewczyna jedynie pokiwała głową.
— Po co przyszedłeś, Ivan? — zapytała ponownie.
— Miałem nadzieję otrzymać odpowiedź na moją propozycję.
— Naprawdę sądzisz, że zamieszkam z tobą od tak? — Pstryknęła palcami. — Nie znamy się, do tego mnie nie znosisz. Dlaczego niby miałabym na coś takiego przystać?
— Bo nie możesz już zostać u wujostwa. — Drgnęła wyraźnie. — niedługo skończysz siedemnaście lat, a to oznacza, iż ich prawa do opieki nad wami tracą ważność. To wy stajecie się odpowiedzialne za swój los. Flora, jak oboje wiemy, zamieszka z Nottem. Natomiast ty zostaniesz sama – bez domu, bliskich i  jakiegokolwiek zabezpieczenia na przyszłość.
Wyraźnie się spięła na jego słowa.
— Duża część majątku po rodzicach, która przypadła tobie, jeśli mnie pamięć nie myli, została zrównana z ziemią gdzieś w okolicy świąt. — Strzeliła na palcach. — Włożyłaś niesamowitą sumę pieniędzy w coś bez przyszłości. Kupiłaś dom, który i tak nie dawał ci gwarancji, że właśnie tam spędzisz życie z kimś kogo kochasz. — Włosy opadły, zakrywając jej smutną twarz. — Podsumowując: nie masz stabilizacji majątkowej, pracy, wykształcenia, domu ani bliskich, u których mogłabyś żyć za darmo. Także chyba jednak nie masz wyboru.
— Nie mam zamiaru żyć u nikogo za darmo — oświadczyła zimno i dumnie jak na Ślizgonkę przystało. — Może i jestem żałosna, ale nie mam zamiaru być przeszkadzającym dodatkiem w czyimś domu. Darmozjadem i niewdzięcznikiem...
— Spokojnie, przecież nic takiego nie mówię — przerwał jej, a dziewczyna zamilkła. — Jeśli nie chcesz mieszkać za darmo, możemy się przecież dogadać. — Podniosła powoli głowę w jego stronę, a Krukon posłał jej uśmiech. — Podobają mi się twoje teksty. Masz talent, co przyznaję niechętnie. — Skrzywił się delikatnie, mówiąc te słowa. — Zatrudniam cię jako moją tekściarkę. Wynagrodzenie pokryje koszty połowy wynajmu mieszkania. Co ty na to?
— Wymyśliłeś to na poczekaniu.
— Możliwe.
— Masz nad sobą managera.
— Któremu bardzo spodobał się twój tekst do mojej piosenki. — Zaczerwieniła się lekko.
— Dlaczego ci na tym zależy?
Nie odpowiedział. Hestia podniosła do niego swój wzrok, a blondyn patrzył w wodę. Oboje milczeli. Dziewczyna nauczyła się tego już bardzo dawno temu, wiedziała, że pytaniami niczego nie wskóra. Tylko straciłaby czas.
— Twój patronus to żuraw, mam rację? — zapytał, przerywając ciszę, po czym podniósł się z ziemi. Carrow nieco zdezorientowana tą nagłą zmianą tematu zamrugała zdziwiona. Jednak gdy tylko słowa, które wypowiedział, dotarły do niej, pokiwała głową. — Samiec? — Znów przytaknęła. — To odpowiedź na twoje pytanie – moim patronusem jest samica żurawia.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, rozpłynął się w białej mgle, pozostawiając Carrow samą. Hestia poczuła jak jej serce bije tak szybko, jakby chciało wyrwać się z jej ciała. Nagle przez jej głowę przemknęło miliard myśli, których nie była w stanie poukładać. Nie miała pojęcia, co powinna w tej chwili zrobić. Bo w końcu… Ivan właśnie wyznał jej, że są sobie przeznaczeni.


***
— Można?
Narcyza odwróciła wzrok od książki, którą czytała i spojrzała na czarodzieja stojącego kilka metrów dalej, który w dłoni również trzymał jakąś obszerną księgę. Skinęła powoli głową, po czym wróciła do tekstu.
Grindelwald usiadł w fotelu naprzeciwko kanapy, na której siedziała i otworzył swoją księgę. Był to oczywisty blef, który Narcyza od razu rozpoznała. Czarodziej taki jak on, chcąc czytać książkę, zostawał sam, by móc skupić się na tekście i pochłonąć informacje w niej zawarte. Ludzie go rozpraszali, nie mógł się skupiać, gdy ktoś był w pobliżu. Stał się samotnikiem.
— Madame nie czyta. — Blondynka znów popatrzyła na jasnookiego mężczyznę, kiedy tylko wypowiedział na głos te oczywiste słowa. — Rozpraszam panią?
—  Niespecjalnie — odparła smętnie, po czym bardzo brzydko wykrzywiła usta i w mgnieniu oka jej różdżka znalazła się przy jego szyi. Książka upadła głucho na dywan. — Nie radzę — oświadczyła zimno. Czarodziej posłał jej uśmiech pełen uznania i delikatnie skinął głową. Narcyza zmierzyła go wzrokiem i schowała różdżkę do rękawa, następnie wracając na swoje miejsce, przed tym podnosząc księgę z ziemi.
— Pani wybaczy, nie powinienem nawet próbować. To było niegrzeczne.
— Po co przyszedłeś? — Kobieta nie siliła się nawet na zwrot grzecznościowy jakim posługiwał się Gellert. Irytowało ją jego zachowanie – już na początku ich spotkania próbował wtargnąć do jej umysłu. Była to oznaka braku manier, o których “ponoć” starał się zawsze pamiętać.
— Chciałem porozmawiać, jednak widząc, iż nie jest pani w humorze, pragnąłem wydobyć informacje w szybszy i mniej problematyczny dla obu stron sposób.
— Zamierzałeś po prostu na wskroś przeszukać mój umysł by wyłapać słabe strony. To nie ciekawość, a strach kazał ci użyć oklumencji.
— Co madame ma na myśli?
— Dumbledore wszędzie ma szpiegów, a ten dom zapewne jest naszpikowany zaklęciami podsłuchującymi. Nie chcesz rozmawiać na jakiś temat, bo wiesz, że on się o tym dowie.
— Zgodziłbym się, gdyby w tej dedukcji nie było małego zgrzytu.
Black zmarszczyła nieelegancko brwi, patrząc na maga. Był zbyt zadowolony jak na kogoś, kto powinien się obawiać, iż znów trafi do więzienia.
— Mianowicie, temat tyczy się madame, a nie jakiś złowieszczych planów i spisków o które wszyscy mnie posądzają, a przecież jestem tu dopiero drugi dzień.
— Mojej osoby? — powtórzyła powoli, po czym prychnęła cicho. — Cóż takiego dziwnego jest w mojej osobie, że sam Grindelwald się nią zainteresował?
— Praktycznie wszystko — odparł pogodnie mag. Narcyza wciąż spoglądała na niego z irytacją. — Proszę wybaczyć śmiałość, jednak nie wygląda mi madame na kogoś, kto zwykł obracać się wśród osobników pokroju Mundungusa Fletchera. Do tego jest pani niesamowicie inteligentną wiedźmą jak na tak młody wiek. I zdaje się być jedyną, która ma większe pojęcie o tym, z kim przychodzi walczyć Zakonowi Feniksa.
— Rzadko zdarzało mi się mieć styczność z takimi prymitywami jak członkowie Zakonu, jednakże co do reszty, to komplementy tego rodzaju nie robią na mnie żadnego wrażenia. Szkoda twojej fatygi.
— Możliwe. — Skinął głową, a Narcyza teatralnie przewróciła oczami. — Jednak to nie oznacza, że kończymy na tym konwersację, czyż nie?
— Chodzi o to, co powiedziałam na zebraniu, tak? — odpowiedziała pytaniem, będąc znużona tą grą. — I słowa Vane — dodała po chwili namysłu. — Interesuje cię dlatego, że uznałam twoją wizję tego kraju za praktyczną i odpowiednią, a przecież jestem w Zakonie Feniksa i nie powinnam popierać tych przeciw, którym mam walczyć. Myślisz — odłożyła księgę na stolik ich dzielący — że moja inność da ci jakieś korzyści, jednak mylisz się. Nie interesują mnie twoje wizje i ambicje, jak i dawne —  zaakcentowała zimno — plany by uporządkować ten kraj. Nie ma czego porządkować. Nieważne kto by nie był przy władzy. Magiczna Wielka Brytania to ruina i nikt tego nie zmieni. — Podniosła się i wyszła z pokoju, a w umyśle Gellerta pojawiła się myśl, że jeszcze kiedyś cały świat usłyszy o Narcyzie Black.


***


Harry odłożył filiżankę po kawie na talerzyk i westchnął cicho, wyciągając się wygodniej na krześle. Miło było odpocząć od tego całego stresu i szumu. Od obowiązków prefekta i morderczych spojrzeń Gryfonów. To był dopiero jego pierwszy dzień w sprawowaniu tej funkcji, a już jej nienawidził.
— Jeśli chodzi o Syriusza… Sądzę, że powinniście porozmawiać.
Potter spojrzał na Toukę, która przez dłuższy czas milczała, intensywnie się  nad czymś zastanawiając. Nie był to bezpieczny temat i zdawała sobie z tego najwyraźniej sprawę, w końcu widziała go nad jeziorem.
— Tak dla zasady. Spotkać się i wymienić kilka zdań, żeby wiedzieć, czy będziesz w stanie mu wybaczyć… Przepraszam, że jednak się wtrącam. — Westchnęła ciężko. — To twoja jedyna rodzina.
Harry wiedział, jak jest jej trudno wypowiedzieć te słowa. Znała jego ból doskonale i dlatego też zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby ona była na jego miejscu, wybaczyłaby. Zrobiłaby to, by mieć kogokolwiek, jakąś bliską jej duszę. Żeby wiedzieć, iż nie jest sama.
— W porządku. Też nie jestem wstanie nienawidzić go, nie wiedząc, co było przyczyną jego decyzji. Porozmawiam z nim. — Dostrzegł jak się rozluźniła. — Ale to dopiero gdy wrócę do Zakonu. Teraz i tak nie mam okazji. Muszę wszystko sobie przemyśleć.
— Rozumiem. — Dopiła swoją kawę, a gdy i jej filiżanka dotknęła talerzyka, z niewiadomych mu przyczyn, uśmiechnęła się blado.
— Coś się stało?
— Chyba zawsze gdy gdzieś wychodziliśmy razem, piliśmy kawę.
— Tak, rzeczywiście —  przyznał. — To chyba dobry nawyk.
— Z całą pewnością lepszy niż schlanie się jak świnie w Trzech Miotłach. — Oboje zaśmiali się. Ślizgon musiał przyznać, iż ta dziewczyna naprawdę sprawia, że czuje spokój, umiał się przy niej dobrze bawić i uspokoić. — Coś się stało?
— Nie. — Odwrócił wzrok i wypuścił ze świstem powietrze. “Jestem dupkiem” pomyślał, przypominając sobie, co zrobił dziś rano. Po ich porannej rozmowie zostawił Astorię zupełnie samą, nie wiedząc jak ma zareagować po tym… czynie… impulsie… Nawet nie wiedział jak to nazwać. W jednym momencie czuł pożądanie do Story, przez to co powiedziała, czyniła, jaka była. Do całej jej osoby. Jednak po tym koszmarze, jak i krótkiej wymianie zdań po przebudzeniu nie czuł prawie nic z rzeczy, które wieczorem nim zawładnęły. Za to wstyd szybko zastąpiła złość, którą opanowała Touka. Dziewczyna, która była do niego miła, nie chcąc niczego tym uzyskać… Ta sama, która pomogła mu przeprosić Ginny. — Co mam teraz zrobić? — syknął cicho i drgnął, kiedy Kirishima dotknęła jego dłoni.
— Wszystko się ułoży, Harry. Jestem pewna, że twoje problemy kiedyś znikną, a ty będziesz wiódł spokojne życie staruszka z gromadką rudych dzieci — Posłała mu uśmiech. Za to Potter lekko się zaśmiał. Chyba się nie dogadali.
— Kiedy zapytałem, o to jak powinienem zachować się po seksie nie miałem na myśli Ginny… tylko Astorię. — Dziewczyna, jakby nagle poparzona, odsunęła dłoń, a jej oczy były wielkie niczym dwa spodki, za to twarz diametralnie zbladła. Ślizgon zdziwił się tą reakcją. Mogła być zdziwiona, fakt. Jednak z całą pewnością nie zdenerwowana. Bo przecież nie miała powodu by czuć złość, prawda?
— Astorię? — powtórzyła i rozejrzała się po lokalu. — To żart?
— Nie. Touka coś się stało? Jesteś jakaś zdenerwowana.
— Wydaje ci się. — Uśmiechnęła się, ale Potter dostrzegł, że udaje. — Lampkę wytrawnego wina, proszę. — Machnęła na kelnera dłonią. Mężczyzna skinął głową, po czym zniknął gdzieś na zapleczu. — Zwyczajnie jestem zdziwiona — dodała, jakby się tłumacząc i  spojrzała na niego. — Nie wspomniałeś, że Greengrass cię interesuje.
— To skomplikowane — westchnął. — Przyjaźnimy się, a przynajmniej tak mi się wydaje. Ostatnio bardzo dużo czasu spędzała w towarzystwie siostry i odsunęła się ode mnie i reszty… Wszystkim to chyba odpowiadało, jakoś niezbyt za nią przepadają, z jednej strony nie dziwię się, wiele namieszała w związku Hestii i Draco, jednak… cóż. Była pierwszą osobą w Slytherinie, która potraktowała mnie normalnie. Dlatego pewnie nie chciałem, by odeszła. Lubię ją… a po tym, co zrobiła podczas ostatniej walki, naprawdę poczułem coś silnego. Tylko teraz…
— Tak?
— Nie czuję nic. Wstyd mi i dlatego pytałem o to, czy powinienem ją traktować inaczej… — zamilkł i wziął wdech, by opanować drżenie głosu. — Ona była dziewicą. To nie powinno się wydarzyć.
— Odczuwasz poczucie winy. — Skinął głową. — Nie czujesz do niej niczego silniejszego?
— Sam nie wiem. Nigdy się nie zastanawiałem. Nie mam czasu na szukanie dziewczyny, poza tym teraz bałbym się mieć kogoś tak bliskiego. Voldemort mógłby chcieć to wykorzystać.
— Tu masz rację. — Oparła się wygodniej o tył krzesła i zrobiła zamyśloną minę. — To trudna sprawa. Masz już na głowie wystarczająco dużo problemów, a przez jedną noc namnożyło się ich jeszcze więcej.
— To był impuls. — Zakrył twarz dłońmi. — Jeśli ona wzięła to na poważnie, to mam przejebane, prawda?
— I to dosyć porządnie — przyznała cicho. — Astoria potrafi być hm… uciążliwym człowiekiem jeśli chodzi o stany emocjonalne. Wiele razy doświadczyłam jej humorków na własnej skórze, więc wiem, o czym mówię.
— Nie lubicie się, mam rację?
— To mało powiedziane — mruknęła Krukonka. — Od początku nasza znajomość była niezbyt udana. Greengrass czepiała się mojej relacji z Draco. — Przewróciła teatralnie oczami. — Zawsze traktowaliśmy się jak przyjaciele i nic więcej. Astoria za to przekręcała wszystko w taki sposób, by wychodziło na to, iż to ona ma rację… Zraziła do mnie ludzi. Z resztą sam tego doświadczyłeś. Jestem “księżniczką”. Ta mała jest pierwszą osobą, którą szczerze znienawidziłam
Harry już rozumiał jej zdenerwowanie, Touka była zła na niego… Inaczej. Czuła do niego żal, przez to iż przespał się właśnie z Astorią. Uważała go za przyjaciela, za to Story była wrogiem Kirishimy, nic dziwnego,że jest zirytowana.
***
— Hermiono?
Granger otrząsnęła się z zamyślenia i rozejrzała po pokoju wspólnym, dopiero na końcu zwracając uwagę na zmartwione orzechowe oczy spoglądające na nią ze zmartwieniem. Neville miał to do siebie, że niezależnie od tego jak podle byś go nie potraktował, on i tak był dla ciebie miły. A jeśli byłeś jego przyjacielem, martwił się bardziej, niż o siebie samego.
— W porządku? — znów zadał pytanie, a dziewczyna wyprostowała się. — Wyglądasz na zmartwioną.
— Jak pewnie każdy który uświadamia sobie, co się zbliża — powiedziała, sama będąc zdziwiona spokojem, z jakim to wypowiedziała. Nadchodziła wojna, w której zapewne zginie wiele osób, które zna. Stracą wolność i poczucie bezpieczeństwa… Czy ktoś kto zdaje sobie z tego sprawę, może być opanowany?!
— Pewnie tak — powtórzył po niej i również rozejrzał się po pomieszczeniu, nie było tu zbyt wiele osób. Poza nimi znajdowały się tu tylko jakieś pierwszoroczne Gryfonki, które i tak były zajęte rozgrywką w szachy czarodziejów, jak i kibicowaniem przyjaciółkom w tej… jakże porywającej grze. — Wszystko się sypie, a my nic nie możemy na to poradzić… Jesteśmy bezradni w kłótniach między domami a co dopiero przy tym… — zamilkł i również westchnął. — Mogę się przysiąść?
— Oczywiście — odparła i przesunęła się nieco w prawo, robiąc chłopakowi miejsce na kanapie, którą zajmowała. Gryfon usiadł i spojrzał w ogień palący się w kominku, również był smutny. — A ciebie co trapi? — spytała, a on uśmiechnął się blado, po czym odpowiedział jej, a jego słowa wstrząsnęły Hermioną.
— Uczestniczę w spisku przeciwko Ronowi.
Granger znając Longbottoma już dobre kilka lat, nigdy w życiu nie posądziła go o coś podobnego. Gryfon był spokojny, nie wychylał się i starał zawsze dojść do porozumienia pokojowo. Nie lubił przemocy i spisków. Zawsze wybierał stronę swoich przyjaciół. Za każdym razem był po tej dobrej stronie.
Neville zaśmiał się i wypuścił ze świstem powietrze, uśmiechając się delikatnie.
— Nawet nie wiesz, jak dobrze zrobiło mi się na sercu, kiedy to powiedziałem — wyznał i  spojrzał na nią, a jego oczy zabłysły jakby ulgą. Gryfonka mimo szoku odpowiedziała mu delikatnym wykrzywieniem warg w górę. — Do tej pory tylko Suzan wiedziała… Bałem się o tym mówić komukolwiek. Jednak sprawy przybrały zbyt niebezpieczny obrót by siedzieć cicho. — Popatrzył na nią. — Malfoya zaatakowali z mojej winy — dodał jeszcze ciszej, a Granger otworzyła szeroko usta, nie mogła w to uwierzyć.


***
— Coś cię trapi?
Nott uśmiechnął się blado w kierunku Flory, która patrzyła na niego ze zmartwieniem.
— Niespecjalnie. Zamyśliłem się.
— Skoro tak twierdzisz — mruknęła i wróciła do czytanej wcześniej książki, już nie zwracając uwagi na swojego chłopaka, który założył dłonie za głowę i znów zaczął się zastanawiać nad tym wszystkim, co właściwie się działo. Miał mętlik w głowie. W ciągu kilku dni cały jego porządek rozsypał się jak puzzle, a on nie wiedział, który kawałek włożyć do którego, by znów całość była złożona i stabilna. Nie chodziło tu nawet o incydenty mające miejsce przed zaatakowaniem Draco, istotne było samo zajście. Gryfoni byli głupi, to fakt, jednak nie pasowało mu do nich tego typu zagranie. Musieli mieć powód by zaatakować Malfoya. Starał się znaleźć wytłumaczenie tej reakcji, jednak jego hipotezy były niekompletne, każdej brakowało argumentu przewyższającego wszystkie inne. Sądził, że będzie to coś prostego, w końcu Gryfoni to niespecjalnie skomplikowani czarodzieje. A jednak ta zagadka go dręczyła. Do tego jeszcze kilka spraw zawracało mu głowę. Zainteresowanie Ivana Bathory’ego siostrą Flory było dla niego dziwne, Ivan nie lubił Hestii, gardził nią, zawsze interesując się tylko i wyłącznie tą drugą Carrow. Teraz jednak to się zmieniło i właśnie to wzbudzało w nim niepokój. Bo Ivan nie jest kimś, kto się zmienia ot tak po prostu. Knuje intrygi, równa ludzi z błotem, kopie im dołki pod nogami. Uwielbia to robić. Gra miłego i nieco nieporadnego muzyka z delikatną duszą. Śpiewa o miłości i pokoju na świecie, a jest diabłem w ciele “uroczego” chłopaka. Nigdy nie robi czegoś bez przyczyny, a jego groźby zawsze mają pokrycie. — Theodor nieświadomie podrapał się po tatuażu, który Ivan wyrył mu na szyi. — Do tego fakt, iż zaczepił Granger był dla niego naprawdę dziwny. Flora mogła przecież powiedzieć o wiele więcej, za to on uczepił się Gryfonki, z którą Carrow zna się zaledwie kilka tygodni.... Bathory coś knuł i właśnie to martwiło Theodora najbardziej.
— Czy Ivan pytał cię kiedyś o Hestię? — Szczerze mówiąc, Ślizgon nie miał pojęcia, kiedy wypowiedział te słowa. Po prostu w jednej chwili takowe pytanie pojawiło się w jego głowie i nieświadomie powiedział je na głos.
— Bathory jej nie lubił, jeśli o to ci chodzi —  odparła Carrow, odwracając stronę księgi na kolejną, nie udawała nawet zdziwionej pytaniem. Jakby była przygotowana na to, że podobnego rodzaju słowa padną z ust Notta. —  Zwykł traktować ją jak powietrze i zbywać kiedy chciała zaczynać z nim konwersację. Ivan nie marnuje czasu na ludzi, którzy chcą się z nim zaprzyjaźniać. Interesują go ci, którzy tego nie chcą.
— Zawsze był dziwakiem — mruknął pod nosem, Flora usłyszała te słowa i zaśmiała się cicho z rozbawieniem. Cóż… jemu do śmiechu nie było. Bathory przez to że był dziwakiem, miał zwariowane pomysły, a to iż jest najsilniejszym z Nadzwyczajnych jakiego dane było spotkać Nottowi, wcale nie sprawiało, że Ślizgon czuł się lepiej.
***
Harry idąc z Touką do Hogsmade, nawet nie przypuszczał, jak może to wyglądać ze strony osoby trzeciej. Szczerze mówiąc, nie chciał się nawet tym zastanawiać, bo w końcu to całkowicie normalne wyjść z koleżanką na kawę bez zobowiązań. Tym bardziej że to dziewczyna, która nie ma w szkole zbyt wielu przyjaznych sobie osób. Z resztą Harry też potrzebował kogoś komu może opowiedzieć o swoich problemach - a miał ich sporo
Jakie więc było jego zdziwienie, kiedy wracali z Hogsmeade, a wiele osób patrzyło na nich w dość jednoznaczny sposób. Niektórzy szeptali coś między sobą a inni odwracali za nimi głowy. Potter wiedział, że od czasów pamiętnego artykułu o “casanovie Hogwartu” wiele osób zaczęło przyglądać się temu, z kim Potter się pojawia, jednak nigdy te spojrzenia nie były aż tak natarczywe.
— Harry, coś się stało? — zapytała cicho Touka nieco zmartwiona zachowaniem Pottera, który w pewnym momencie zgarbił się i szedł, patrząc pod nogi. Jakby miał problem ze spojrzeniem ludziom w oczy. — Wyglądasz na zmartwionego.
— Ty tego nie widzisz? — zapytał. Kirishima rozejrzała się i uśmiechnęła blado.
— Ludzie zawsze szukają tematu do plotek. Mówiłeś, że ci to nie przeszkadza.
— Bo tak jest… Do czasu przekroczenia granicy.
— O jakiej granicy mówisz?
Harry wyprostował się, jednak widząc grupę Gryfonów, znów popatrzył na swoje buty. Czuł jakby te spojrzenia go paliły.
— Kiedy chodzi tylko o mnie, nie ma to większego znaczenia. Jeśli jednak plotka lub oszczerstwo kierowane jest w stronę ludzi ważnych dla mnie, to zaczyna boleć. Czuję się winny.
— Nie możesz czuć się odpowiedzialny za całe zło jakie spotyka bliskie ci osoby — powiedziała Kirishima. Potter pokiwał głową, a gdy na nią spojrzał, posłała mu uśmiech. — W końcu sojusznicy trzymają się razem. Nikt ci bliski nie będzie obwiniał ciebie ani siebie za to, że inni opowiadają na wasz temat kłamstwa.
— Mówił ci już ktoś, że jesteś naprawdę inteligentną czarownicą?
— Niech się zastanowię. — Zrobiła zamyśloną minę i komicznie wygięła brwi, po czym zaczęła wyliczać na palcach. — Niesamowitą, piękną, upartą, waleczną, skrupulatną, nieokrzesaną, zrozumiałą… Hmm, nie wydaję mi się, by ktoś nazwał mnie w ten sposób. — Wyszczerzyła do niego swoje białe zęby, a Potter zaśmiał się cicho, przez co i Krukonka zachichotała. Było w tej chwili coś wyjątkowego, Harry nie potrafił tego zdefiniować w żaden logiczny sposób, ale czuł się nieco lżejszy. Jakby jakiś ciężar lub jego mała część nagle zniknęła, a on w końcu się wyprostował. — To bardzo miłe, że tak o mnie myślisz. Jesteś kochany, Harry.
— Też tak sądziłam.
Głos który usłyszeli, oboje znali bardzo dobrze. Zatrzymali się gwałtownie, po czym zwrócili uwagę na Astorię siedzącą z Maxem na jednej z ławek pod jakąś klasą. Byli tak zajęci rozmową, że zupełnie ich nie zauważyli. I to… był największy błąd jaki Harry popełnił. Bo widząc minę Greengrass, już wiedział, że to nie skończy się dobrze.
— Miło, że podzielasz moje zdanie — odparła Touka kiedy zaczęło być dziwnie niezręcznie.
— Powiedziałam, że tak sądziłam, nie twierdzę, że nadal tak jest — brunetka odwróciła spojrzenie od Kirishimy na osobę Pottera. Harry poczuł jak zimny pot zlewa mu się po plecach. — Pansy mówiła, że całkiem nieźle wasza dwójka bawiła się nad jeziorem.
— Słucham? — Krukonka zmarszczyła brwi spoglądając na Ślizgonkę z wyraźnym szokiem. Potter poczuł nagły ból brzucha. Znał to uczucie aż za dobrze, zawsze wywoływane było podobnego rodzaju sytuacjami. Miał dość tych wszystkich oszczerstw!
— A nie byliście tam przez wypadem do Hogsmade? — Teraz pytanie zadał Max, który zdaniem Pottera nie powinien się wtrącać w sprawy, które go nie dotyczą. Choć Harry zdawał sobie sprawę z tego, że on sam nawet nie mógł tak myśleć, w końcu zawsze uczestniczył w tego typu wydarzeniach.
— Byliśmy — Touka nie wyglądała nawet na skrępowaną, stała wyprostowana zupełnie ignorując spojrzenie Astorii jak i pełen pogardy wzrok Mosby'ego. — Jednakże pytanie odnosiło się do ostatniego zdania Greengrass — oświadczyła. — Masz coś przeciwko temu, że spotkałam się z Harrym?
— Dlaczego miałabym mieć? — warknęła. Potter wiedział, że nie może milczeć zbyt długo, Zdał sobie z tego sprawę kiedy Greengrass przymrużyła niebezpiecznie powieki.
— Właśnie miałam nadzieję, że mi to wyjaśnisz. Brzmisz na zirytowaną. A przecież tylko poszliśmy na kawę. Jak zwykle kiedy wychodzimy do Hogsmade — dodała na co Astoria strzeliła na palcach. — Nie rozumiem twojego zdenerwowania.
— Nie jestem zdenerwowana — Pierwsze spojrzenie. Harry nie chciał otrzymać drugiego — Tylko zawiedziona — oświadczyła patrząc mu w oczy. — Szczerze mówiąc, nigdy bym się nie spodziewała tego, jak przez naiwność można cierpieć.
— Astoria…
— Nie. W porządku — przerwała mu chłodno — Przecież nic się nie stało.
— Możemy porozmawiać w cztery oczy?
— O czym? — spytała tonem kończącym. Nie chciała z nim rozmawiać. A Potter nie rozumiał dlaczego, przecież wiedziała, że przyjaźni się z Touka, nie powinna tak reagować widząc ich w swoim towarzystwie.— Właśnie — szepnęła kiedy milczał. — Przepraszam, że przerwałem wasza konwersację. Nie zrobię już tego więcej.






No i jest 40! Zgodnie z obietnicą, następna miniaturka / rozdział objaśniający pojawi się przy osobie, którą sami wybraliście. Muszę przyznać, że walka była naprawdę zawzięta i zaledwie jednym głosem zwyciężyła postać Rudolphusa Lestrangea z Astorią! Dziękuję wam za udział w głosowaniu. Co do rozdziału... Sami określcie jak wypadł. Ja pozostawię go - tym razem - bez komentarza. Dziękuję za komentarze, maile i po prostu za to, że jesteście! Pozdrawiam Dorothy PS. Podziękowania ślę również do Noelii Cotto, która zbetowała owy rozdział. Jesteś wielka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz